piątek, 19 sierpnia 2016

Zakątek na piątek: Książkami z rymami - odgadnijcie sami!

Czytałeś w dzieciństwie wiersze? Brzechwy, Tuwima, a może Konopnickiej lub Gellner? Mnie osobiście oczarowała ta forma przekazu, która poza treścią ciekawiła również samym stylem. Lubiłam je czytać, recytować przed najbliższymi, ale także bardzo chętnie tworzyłam własną, dziecięcą poezję. (Co nie zmienia faktu, że tej "normalnej" dalej nie rozumiem ni w ząb. :D). Oj, kto pogardzi porządnie skleconymi rymami!

Dzisiaj postanowiłam stworzyć kilka krótkich rymowanych zagadek, które kryją za sobą tytuły pięciu książek z nurtu historii młodzieżowych. Jednocześnie dam Tobie szansę na ocenienie swoich umiejętności w wierszowaniu, gdyż nazwa powieści musi pasować do tekstu. Myślę, że to bardzo proste zadanie, ale i tak zapraszam do tej króciutkiej rozrywki!


Obyczajowa powieść, jakich wiele
Lecz głębiej sięga, nie tylko niesnaski
I kłótnie, ale dobrzy przyjaciele
W zielonej historii: ...

Zdjęcie nr 1

Główny osąd: że nudna, rozwlekła jak kluchy
Według mnie: niełatwo wziąć fabułę w obroty
By znalazła się magia i przeszłości duchy
Oraz młoda miłość. Tytuł: ... (gat.: paranormal romance)

Zdjęcie nr 2

Odnajdą się w niej fanki wiedźmy, czarownicy
Dziewczęta mające moce u swych młodych rąk
Z klimatem Skandynawii i jej okolicy
Zamknięte w powieści o prostej nazwie: ... (gat.: thriller z elementami magii)

Zdjęcie nr 3

Polski tytuł z oryginałem: niewiele wspólnego
Powieść smutna, lecz o życiu, które dobrze znasz
Mimo wszystko emanuje z niej wiele dobrego
Biała książka z  napisem: ... (gat.: obyczajowa)

Zdjęcie nr 4

Znajdzie się też coś autora i naszego kraju
Dystopijnie, przygodowo, gdzie potwór niejeden
Sprawi, że bohaterowie ciągle uciekają.
To historia z: ... 
Zdjęcie nr 5

Odpowiedzi:
1. "Szukając Alaski" - John Green
2.  "Piękne istoty" - Kami Garcia & Margaret Stohl
3. "Krąg" - Mats Strandberg & Sara B. Elfgren
4. "Zostań, jeśli kochasz" - Gayle Forman
5. "Dom pod Pękniętym Niebem" - Marcin Mortka


Napisz swoje odpowiedzi w komentarzu (wiem, że nie ma co sprawdzać ich poprawności, bo to.. wysokiego poziomu, no, nie ma.. ), zobaczymy, ile osób potrafi rymować! Podpowiedź: zdjęcia pochodzą z owych, tajemniczych powieści. (O właśnie! Możecie też dopasować pomieszane zdjęcia do książek -  taki level up!). 

Jeżeli natomiast jesteś ciekaw odpowiedzi z poprzedniego zadania, sprawdź je w zaaktualizowanym poście: Zakątek na piątek: zgadnij, co to za MIEJSCA!.

***
Łatwe? Trudne? Odgadliście wszystkie tytuły? Lubicie czasem sobie porymować? A może jednak wolicie pisać prozą? Piszcie! :)



środa, 17 sierpnia 2016

Dystopie, utopie, antyutopie - co jest czym? + obalenie z tronu "Igrzysk śmierci"!

Dys-, anty- czy u-? Nie, wcale nie gram w Scrabble! (Odnoszę wrażenie, że do tej pory nie znam wszystkich zasad rządzących tą grą. :c). Podejmę trud i wdrażając się w nieuchronnie zbliżające, czyhające i czające się na biednych uczniaków szkolnictwo, nauczę się czegoś nowego. Brzmi strasznie, ale gwarantuję, że część teoretyczna zostanie lekko muśnięta, aby nie zawracać sobie głowy niepotrzebnym skupiskiem danych, jakie będziemy mieli fundowane przez najbliższe 10 miesięcy. Później zaprezentuję również ciąg chronologiczny wydawania na świat najbardziej popularnych wśród nastolatków powieści. Ciekawy od czego zaczęła się moda na dystopie? 


Przyznaję bez bicia, że do pory, w której podjęłam się znalezienia na potrzeby posta, znaczenia słów utopia, dystopia i antyutopia, sama nie byłam pewna, co one do końca znaczą. Albo dokładniej mówiąc: jaka jest różnica pomiędzy dwoma ostatnimi. Fakt faktem, że zdarzało mi się traktować je jako synonimy, ale czułam (kobieca intuicja NIGDY nie zawodzi!) drobną różnicę. Niestety nie wiedziałam jeszcze jaką. 

Z utopią sprawa jest najprostsza. Słownik języka polskiego PWN prezentuje nam takie znaczenia:
Jednym słowem: idealny model społeczeństwa szczęśliwego, który UWAGA! nie jest prawdopodobny. Przykład? Świat bez zła - coś, co brzmi przepięknie, ciut sloganowo, ale zdecydowanie wspaniale. Aż przykro się robi, że nikt z przeszłej, teraźniejszej i przyszłej ludzkości owej zmiany w społeczeństwie nie zazna. Trudno, trzeba sobie radzić inaczej (proponuję zacząć od uśmiechu!).

Wejdźmy jednak schodek wyżej po drabince do wiedzy. A tu czekają na nas kolejne terminy: dystopia i antyutopia. Z polskiego, z książek bądź dzięki skomplikowanej pracy intuicji (ale ciężko muszą mieć w takim razie mężczyźni!) wiemy, że słowa te niosą za sobą definicję przeciwną. Ja skłoniłabym się też ku stwierdzeniu, że przedrostek anty- wskazywałby na bardziej bezpośrednie przeciwieństwo utopii. Ale czy mam rację? Znów zerknijmy na stronę słownika PWNu (bardzo przydatne źródło!):


Czasem mam wrażenie, że na wakacjach razem ze mną baluje połowa mózgu, a na barkach drugiej spoczywa myślenie za cały mój umysł. Czytam, czytam i dopiero za trzecim razem ludziki w głowie idą do kontaktu włączyć żaróweczkę. 

Fakt nr 1:
Dystopia to NIE TO SAMO, co antyutopia.
Jasno wynika to z drugiego akapitu tekstu. Ale mamy tam też coś jeszcze: wyjaśnienie znaczenia wyrazów (na kolorowo). Po jednej stronie pojawia się "wyprowadzenie z utopijnych przesłanek", a z drugiej "logicznie uzasadniona, dość prawdopodobna wizja przyszłej egzystencji człowieka". Wydaje mi się, że to już wyjaśnia sprawę. 
Antyutopia to pokazanie drugiego dna utopii. Właśnie w tego typu utworze autor uzmysławia, że zasady, które panują w społeczeństwie utopijnym mogą wprowadzać jedynie złudne wrażenie sprawiedliwych, szczęśliwych porządków i to, co wydawało się być ideałem stanie się jego przeciwieństwem. Oczywistym przykładem jest "Rok 1984" George'a Orwella, w którym pisarz ukazuje złudną perfekcyjną organizację systemów totalitarnych, zwłaszcza stalinizmu.
Dystopia, z kolei, chociaż również pokazuje negatywny, nieszczęśliwy model społeczności to ma inną bazę, odmienne podłoże: logiczne wnioski wyciągane np. z życia ówczesnych autorowi ludzi. Odnalezienie konkretnych tytułów, zwłaszcza w literaturze młodzieżowej, to jeszcze prostsza sprawa. Państwo Panem odbudowane na zgliszczach Ameryki Północnej po serii katastrof naturalnych. (Igrzyska śmierci). Spalona przez Pożogę i wysuszona z powodu nowego surowego klimatu, Ziemia penetrowana przez ludzi zarażonych Pożogą. (Więzień labiryntu). To właśnie wszystko dystopie. 

Rzecz jasna na dwóch się nie kończy - raczej dopiero zaczyna. Tylko właściwie: od której się zaczęła ta nietypowa moda? 

Veronica Roth - Niezgodna - 28 lutego 2012r.
Lauren Oliver - Delirium - 7 lutego 2012r.
Suzanne Collins - Igrzyska śmierci - 14 września 2008r.
James Dashner - Więzień labiryntu - 6 października 2009r.
Joelle Charbonneau - Testy - 4 czerwca 2013r.
Tahereh Mafi - Dotyk Julii - 15 listopada 2011r.
Kiera Cass - Rywalki - 24 kwietnia 2012r.
Lois Lowry - Dawca - 24 stycznia 2006r.
Alexandra Bracken - Mroczne umysły - 18 grudnia 2012r.

Segregujemy chronologicznie?
Różnych rzeczy bym się spodziewała i zrobiłyby na mnie minimalne wrażenie, ale to? "Dawca" z 2006 roku? A ja zawsze broniłam "Igrzysk", i proszę, co mi z tego przyszło? Ponadto, ciekawa jestem, co wywołało taki wysyp w 2012.. Może pisarze chcieli ujrzeć swoje dzieła w księgarniach przed końcem świata? 

***

Mieliście takie podejrzenia co do wydawania poszczególnych dystopii? A może znacie jeszcze inne? (Co do tego nie mam wątpliwości!). Wiedzieliście o różnicy między dystopią a antyutopią? (Jeśli gdzieś się zaplątałam, to poprawcie mnie koniecznie!). Podoba Wam się taki pomysł na post? Piszcie! :)

niedziela, 14 sierpnia 2016

Fiona Wood - W dziczy: odkryliśmy receptę na zło tego świata!

Chcesz się rozerwać, odpocząć, spędzić czas z przyjaciółmi robiąc coś naprawdę niezwykłego. Coś, co zapisze się w Twojej pamięci na długi czas. Pragniesz przeżyć wspaniałe chwile, które będziesz później wspominać na starość pakując je pod etykietkę "najpiękniejszych momentów młodości". Powstaną z nich idealne opowieści dla wnuków, stawiane ich dziadków w świetle wyczesanych i rozrywkowych młodych z masą szalonych pomysłów. Cóż począć, by przeżyć taką przygodę życia?

ALBO...

Przeżywałaś ciężkie chwile, najprawdopodobniej najcięższe do tej pory w swoim życiu. Wszyscy nakłaniają Cię do tego, by w jakiś sposób się od nich oderwać: uciec i wrócić najwyżej wtedy, gdy nie będą wydawać się tak straszne i przytłaczające. Traumatyczne wydarzenia ciągle wracają do Twojej głowy, niezależnie od tego, jak daleko wyrzucisz je z pamięci. Jak sobie poradzić, by wyjść z tego cało?

Jest jedna odpowiedź. A przynajmniej tę proponuje nam autorka recenzowanej powieści. Jechać na leśny obóz. W dzicz. Tam wszystko co złe pryśnie, jak bańka mydlana. Odkryliśmy receptę na zło, panie i panowie! Pakujcie plecaki, wrzucajcie karimaty: jedziemy walczyć ze złamanym sercem, niezdaną klasówką oraz całą resztą, która leży Wam na wątrobie!


Historię otrzymujemy w wersji podwojonej, bo opowiadanej z perspektywy dwóch bohaterek. Sybilla uważa klasowy wyjazd nie jako obowiązek przychodzący z czasem na każdego ucznia, a jako prawdziwą przygodę. Jest nastawiona na to, co może ją spotkać ze strony lasu. Nie przygotowała się jednak na zawirowania miłosne i przyjacielskie, wywołane głównie przez reklamowy billboard z jej zdjęciem. Z drugiej strony stoi Lou - dziewczyna, która niedawno straciła w wypadku chłopaka, najbliższą jej osobę. W ciężkim stanie pomaga jej terapia, lecz rodzice bohaterki przekonują ją do zmiany szkoły oraz wyjazdu z nowymi kolegami na zieloną szkołę. Wiadomo: sceptyczne podejście  oraz tkwiące w jej sercu wrażenie utraty uniemożliwia Lou asymilację z otoczeniem. Jak potoczą się losy obu nastolatek? Czy znajdą wspólny język?

Uwielbiam klimat natury, w której ingerencja człowieka ogranicza się do roli obserwatora, kulturalnego gościa. Stąd też spodobała mi się inicjatywa Fiony Wood, która osadziła mnie razem z bohaterami w lesie. Sama najmilej wspominam wycieczki klasowe w góry: mieszkanie w domkach, ogniska, podchody, sztandary. Zatem wszystko wskazywało na to, że dzięki powieści przypomnę sobie te wspaniałe chwile, jeszcze mocniej odczuję wakacyjny klimat, śledząc losy bohaterów.

 A tu fiasko! Nie na całej linii, powiedziałabym: tak na trzy czwartej (ewentualnie na pięć siódmej :|). Książka nie wywołuje we mnie prawie żadnych emocji: co prawda ani negatywnych, ale też praktycznie żadnych pozytywnych. Czytam, bo czytam - chcę ją skończyć, skoro już zaczęłam, aczkolwiek nie czuję się pod wrażeniem czegokolwiek. Jakbyś zabierał się za jedzenie całkiem ładnie wyglądającego knedla, miał na niego sporą ochotę, a tu się okazuje, że nie to, że nie ma w nim żadnego nadzienia to jeszcze ciasto zostało niedoprawione. I żuj tu takiego klucha - smacznego!

Szczęście w nieszczęściu, pisarka podświadomie postarała się, by ulżyć tym znudzonym, zniecierpliwionym czytelnikom, skracając długość jednego rozdziału do minimalnego minimum. W efekcie otrzymujemy ich aż setkę, ale pomiędzy każdym możemy robić sobie przerwy, by ochłonąć po tak... zawiłej i wciągającej akcji. Gdyby tylko jeszcze zaznaczono przy numerze każdego, z perspektywy której narratorki napisano owy fragment. Skąd mam wiedzieć czy np. nagle Sib nie popadła w depresję z powodu tego, że znalazła się w centrum zainteresowania?

Wydawało by się, że okej: na powieść obyczajową podstawowe warunki spełniono: pojawiają się problemy, mnóstwo problemów z rówieśnikami, z dojrzewającą duszą młodego osobnika. Ale czy historia tak bardzo by ucierpiała na ich ograniczeniu do np. połowy książki? Po co upychać je po kątach, byle tylko wszędzie czuć otaczające nas i bohaterów kłopoty, rozterki, zmartwienia. Nie zarzucam autorce, że nie potrafiłaby inaczej, bo zdarzały się wydarzenia poprowadzone swobodnie, lekko, z przymrużeniem oka bądź po prostu z radosnym, spontanicznym pomysłem. A skoro ją na to stać, to trudno nie patrzeć na te "złe" części krytycznym okiem. Co innego gdyby całość wypadała cieniutko. Wtedy machnąć ręką i.. trudno. Veni, vidi, sed non vici.

Bez dwóch zdań widać, że w kompozycji powieści bohaterki miały wychodzić na pierwszy plan: ich osobowości, charaktery, sposoby postrzegania rzeczywistości. Wychodzić wychodziły, ale czy to zaleta? Moim zdaniem, poświęcono im zbyt dużo stron. I jedna, i druga wydawały mi się po prostu nie takie: albo nie pasowały mi ich zachowania, albo były one zbyt sztuczne, mdłe. Ot postawione w pewnym stopniu na zasadzie kontrastu, który stopniowo powodował, że potrafiły znaleźć wspólny język. Kto nie znał wcześniej takiego motywu, no kto?

Kurcze, aż żal! Baza w postaci obozowiska, czekających na uczniów tam zadań, obowiązków - to wszystko brzmi tak świetnie, że sama bym spakowała szczoteczkę do zębów, misia i już ruszała zajmować sobie łóżko na górze piętrowca! Wystarczyło by nawet gdybym przeczytała o wspólnych inicjatywach, zakręconych pomysłach, fantastycznych eskapadach.. Niestety, autorka poczyniła ku mojemu wyobrażeniu ledwie dwa, trzy kroki. A, że meta trochę dalej.. nie dało rady.

"W dziczy" to powieść, która najbardziej zadowoli osoby, niespodziewające się po niej niczego nowego. Nawet jeśli uznacie tak jak ja, że przyjemnie wypełniła Wam czas, to tylko ci najmniej wymagający z uśmiechem na ustach odłożą ją do sterty z ulubionymi tytułami. Reszcie pozostawi po prostu niedosyt:. Jeśli chociażby wybroniła się solidnie skomponowanym pomysłem (ludzie, w lesie można robić TYLE rzeczy! Jeść jeżynki, zbierać grzyby, śpiewać przy ognisku, gonić żaby. No wszystko można!) to nic nie pozostałoby dla jego realizacji: zbyt prostej, zbyt oczywistej. Zbyt obyczajowej.
Liczba stron: 376
Wydawnictwo: Jaguar
Cena okładkowa: 34,90zł
Sposób zdobycia: biblioteka

Więcej zdjęć: