Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla młodzieży. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla młodzieży. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 października 2016

Sabaa Tahir - Ember in the ashes. Imperium ognia: igrzyska z lodówki i ryzyko pomyłki z Balladyną!

Bez dwóch zdań w języku polskim zapanowało mnóstwo zwrotów, które nie mają z nim wiele wspólnego. Oczywiście, to naturalna kolei rzeczy wynikająca m.in. z postępującej globalizacji, rozwoju łączności pomiędzy nawet najbardziej odległymi państwami, postępu gospodarczego oraz konieczności pogodzenia się z faktem, że nie nauczymy już mieszkańców całego świata polskiego. (Cóż tu ukrywać: tylko my jesteśmy w nim mistrzami i nic tego nie zmieni :|). Czasem dochodzi nawet do sytuacji, gdy nie potrafimy znaleźć odpowiednika w naszym języku na jakiś zwrot, sformułowanie chociażby angielskiego oryginału. "By the way", "face to face" - te dwa były ostatnio moją prawdziwą zmorą, gdyż nie byłam w stanie przestawić się na zwyczajne "przy okazji" i "twarzą w twarz". Trudne, prawda? A jednak dla niektórych wydaje się to być nie do przejścia, skoro nie chcą wydać "Komnaty w popiele".

Gdyby nie tytuł posta, na pewno znaleźliby się niezorientowani w temacie, którzy nie wiedzieli by, o co chodzi. Nic dziwnego! Nie od razu kojarzy się nic nie znaczącą dla siebie nazwę z książką tak rozsławioną: i na blogach, i wśród booktuberów, a nawet na Youtubie. Proszę Państwa, właśnie zmierzamy w kierunku Imperium ognia!


Za przewodników posłużą nam Elias i Laia - dwójka młodych ludzi, którzy pochodzą z zupełnie innych światów. Nie ma tu jednak mowy o koneksjach typu książę i dziewczyna z ludu czy Smerf z Gumisiem, a bohaterka z zepchniętej na margines kasty Scholarów w parze z uczniem akademii szkolącej czarne maski - najlepszych zabójców Imperium. Oboje kierują się podobnymi aspiracjami: osiągnięciem celu sprzecznego ze społeczeństwem, w jakich żyją, zrobieniem czegoś, co nikomu wcześniej się nie udawało. Los skieruje ich jednak na siebie, żeby.. pokomplikować im własne ścieżki.

Gdy zdążyłam się już rozeznać w sytuacji, od razu wyłapałam element, który mnie zachwycił zaskarbił moje serce. Powieść dla młodzieży, fantastyka, przygodówka, a jednak motywy czerpane są znikąd indziej, jak ze starożytnego Rzymu! Wystarczy zerknąć na imiona: Elias Veturius, Helena, Faris - czyż to Ci czegoś nie przypomina? Na pewno wszystkim fanom "Quo Vadis" bądź "Uczniów Spartakusa" od razu świta w głowie. Bardzo podoba mi się ten pomysł, gdyż pokazuje, że historia to nie przeżytek, nudny temat do przerobienia na lekcji. Motywy: od starożytności po czasy współczesne stanowią barwny, plastyczny, a przede wszystkim ciekawy materiał np. na współczesną historię, zakrawającą nawet o dystopię. (Odezwała się dusza niedoszłej historyczki :D). Byle takich więcej!

Historia daje czytelnikowi szansę na pozyskanie z niej tego wszystkiego, na co nie można liczyć w codziennym, rutynowym życiu: napięcia, zwroty akcji oraz rozemocjonowanie losami drugiego człowieka. Nie ma tu mowy o rozciągłości, a pracuje na to dosłownie wszystko: ucinanie rozdziałów w miejscach najmniej pożądanych (a tam, wiadomo, że wszystkie niedźwiadki właśnie takie zabiegi lubią najbardziej! ^^) czy też opisywanie wydarzeń w czasie teraźniejszym. Jeśli więc chcesz odsapnąć od gonitwy i skrajnych emocji, polecam raczej książkę telefoniczną!

A największych emocji ja sama doświadczyłam, gdy do akcji wkroczył wątek Prób, przez które miała przejść czwórka bohaterów. Żyłam w takiej euforii: że taka niepowtarzalna fabuła, że tyle ciekawego się dziej, i co? I klops! Znowu próbują mi wcisnąć powtórkę z "Igrzysk śmierci". Igrzyska wszędzie; jak przyjęło się mówić: wyskakują z każdej lodówki. Odgrzewane, odmrażane, ciągle i wciąż! Ale.. nie. Jednak nie. Jednak było lepiej niż się spodziewałam. I chociaż za samą straszną perspektywę muszę uciąć autorce pół punktu, to zapowiem, że nie ma czego się obawiać.

Chwilami nachodziły mnie jednak myśli, co by było gdyby... Co by było gdyby zawarto na ostatnich stronach egzemplarza krótki słowniczek z najważniejszymi pojęciami dotyczącymi Imperium? Z pewnością byłoby lepiej! I łatwiej dla osób zmuszonych odłożyć na chwilę książkę, mających słabszą pamięć lub czytającą ją na przemian z inną (np. szkolną lekturą). Mogłaby wyjść z tego kiepska sytuacja, gdyby ktoś na kartkówce z "Balladyny" napisał, że zabito Helenę, a nie Alinę albo że główna bohaterka przechodziła cztery próby dla osiągnięcia korony, prawda?

Z bohaterami jest taki problem, że zamiast jednego, głównego dostajemy pakiet: 1+1 (drugi za grosz :D). A wielokrotnie spotkałam się z opinią, że książki prowadzone jednocześnie przez dwójkę narratorów, gubią się same w sobie, jak i czytelników, których po owe sięgają. Ja bym się w tej sprawie nie zgodziła, gdyż Elias naprawdę pasuje do Lai - pod względem osobowościowym, jak i opowiadania historii. Część wydarzeń poznajemy ze strony dziewczyny, później przerzucamy się na oczy chłopaka. Pojawiają się też chwile, które jesteśmy w stanie poznać z obu perspektyw - te wydały mi się najciekawsze, bo dowiadujemy się, co myślą o sobie młodzi. A oboje zostali przez autorkę fajnie, wyraziście zarysowani: mają w sobie wolę walki, śmiało prą na przód, rozbijając wszystkich złych w proch i pył. Po takiej lekturze od razu chce się iść wojować świat!

Największa nauka wyniesiona z czytania "Imperium ognia"? W życiu nie zgadniesz! Bowiem Elias już po kilku stronach skojarzył mi się z Sagem, z "Fałszywego księcia" Jennifer A. Nielsen. Pełni animuszu, zbuntowani, stojący na przeciw wysokiej pozycji, którą mogą osiągnąć. Szkopuł w tym, że zanim napiszę recenzję, lubię wszystko opowiadać sobie w głowie, na głos - to, co bym zawarła, by niczego nie pominąć. Właśnie w takim momencie doszłam do wniosku, że Sage nie czyta się "Sage", tylko "Sejdż". Posiąść TAKĄ wiedzę to prawdziwe osiągnięcie!

"Ember in the ashes" ma w sobie potężną iskrę spontanicznej akcji, ale łączącą się w stonowanych proporcjach z przemyślaną przygodówką. Wydawać by się mogło, że pojawia się w tej historii wiele czynników, elementów, które mogłyby potencjalnie zniechęcić do lektury: nie zawsze lubiany podział roli narratora na dwie postaci, bazowanie na krzywdzącym ludzi systemie władzy (bo co nowego jeszcze da się w tym temacie wymyślić?) albo chociażby wiek głównej pary bohaterów, sugerujący, że ich zachowania okażą się nierozsądne, a przemyślenia przekombinowane. A jednak nie! Nie zawiódł mnie wielopoziomowy świat przedstawiony, sklejony że strzępków wyobraźni autorki oraz podłoży historycznych. Nie zawiódł mnie Elyas ani Laia, których podejście naprawdę sugerowałoby o ich dojrzałości. Zawiódł mnie jedynie.. tytuł. Zaczęło się od odstępowania od czytania polskich autorów. Niedługo, polskie tytuły staną się nietykalnym wyjątkiem. I będziemy je oglądać tylko na okładce "W pustyni i w puszczy". ( Tak będzie :|).


Ilość stron: 508
Wydawnictwo: Akurat
Cena okładkowa: 39,90 zł
Cena nabycia: ---
Sposób nabycia: konkurs


Prosto z książki...
"- Hm. Tak mi się wdawało, że robisz dżemy.
- Naprawdę? Dlaczego?
Uśmiecha się łobuzersko.
- Bo jesteś taka słodka."
"Mogę też zanieść jej jakiś drobiazg. Kwiaty? Rozglądam się. W Czarnym Klifie nie rosną kwiaty. Może sprezentuję jej sztylet. Tych nie brakuje, a bogowie wiedzą najlepiej, jak bardzo by jej się przydał."
"W taki sposób patrzyła na ciebie Lavinia Tanalia. I Ceres Coran. Chwilę przed tym, kiedy je pocałowałeś.
Tym razem jest inaczej. To jest Helena. I cóż z tego?Chcesz się przekonać, jak to jest - pewnie, że chcesz."


 Więcej zdjęć:

niedziela, 28 sierpnia 2016

Serena Valentino - Bestia. Prawdziwa historia księcia: recenzja rymem pisana

Złote przesłanie to to, co musiało znaleźć się w każdej produkcji Walta Disneya. Zawarte w baśniach braci Grimm, Perraulta i Andersena, nie mogło zostać pominięte także podczas odtwarzania tych historii na wielkim ekranie w barwnej, bardziej przystępnej dla dzieci formie. (Z autopsji wiemy, że jednak nie tylko dla dzieci i nie tylko im, a raczej zwłaszcza nie im się spodobała najbardziej :D).

Główne motto: dobro zawsze zwycięża. Trudno podważać tak wiekopomne hasło. Ale gdyby przynajmniej spróbować to zło w jakiś sposób przybliżyć? Żeby pokazać, że nie wszystko od zarania dziejów faktycznie było dobre, a zmiana postępowania to jak najbardziej możliwa opcja? W 2014r. znaleźli się śmiałkowie! I oto właśnie próba, podjęta przez autorkę serii Fairest of All.

Cały cykl historii o czarnych charakterach jest wydany w podobny, piękny sposób. Najgorsze, co graficy mogliby zrobić tym książkom, to wrzucić na tytułową stronę dziesiątki kadrów z filmów. Na szczęście umiejętnie ograniczyli się do cudownych, malowanych portretów.

Rozbudowanie historii na wielu poziomach, nowe fakty z życia głównego bohatera sięgające aż do lat dzieciństwa, uwypuklony w prosty sposób proces metamorfozy Księcia, odczuwalny dla każdego czytelnika, a przede wszystkim: nowe postaci, wśród których znajdziemy zarówno kolegów Bestii "po fachu" jak i odpowiedniczki greckich Mojr. To wszystko gwarantuje nam w zwięzłej formie powieść znajdująca odbiorców, moim zdaniem, we wszystkich grupach wiekowych. 

Żeby jednak nie rozwlekać się o każdym aspekcie w piętnastu akapitach, postanowiłam sama podjąć wyzwanie: spakować recenzję w 12 strof. Myślę, że po przeczytaniu ich, poznacie moje pełne zdanie na temat dzisiejszej książki, a jednocześnie zrobicie to w nowy na tym blogu, a niespotykany na większości innych stron, sposób. Zapraszam do lektury!


Gdy płatek opadnie już jako ostatni,
Na nic pozostanie życia jego kwestia.
Bez duszy przy sobie jakiejkolwiek bratniej,
Umrze młodzieniec, ale jako bestia.

Historię tę znasz przecież już od cnego dziecka.
"Pięknej i Bestii" ona mianem tak ochrzczona.
Lecz w tym, nowym wydaniu, powiem, że troszeczka
Fabuły w inną została sprytnie zamieniona.

Powieść przybliży Ci wnet bardzo lekki żywot
Młodzieńca, co Księciem był nie byle jakim.
Lecz jak to w jego wieku zwykle właśnie bywa,
Chciał on poznać świata zakazane smaki.

Nie stronił bowiem od dziewcząt zamożnych,
Odtrącał natomiast biedę i wszelki plebs.
Chętnie trzymał się rozrywek, zabaw tak przeróżnych,
Dopóki żądna zemsty magia położyła kres.

Opowieść ta stanowi genialny dodatek.
Nie licz jednak na coś innego zupełnie.
Według mnie nowych wątków się zjawia dostatek
I lektura czas przyjemnie wypełnia.

O Belli stron zbrakło, jedynie na koniec
Wzmianka, by zostawić los Bestii w całości.
Miast tego wprowadzony krąg mściwych czarownic,
Które w wecie za siostrę chcą rachować mu kości.

Szukasz dynamicznej akcji z dialogami?
Muszę Cię rozczarować: tu ich mała ilość.
Jednak moc opisów z zdarzeń relacjami
Większą część książki skrzętnie wypełniło.

Ale długość książki, jak widać po grzbiecie
Wręcz krzyczy do Ciebie: szybko mnie przeczytasz.
I faktycznie! Chwil kilka nie minęło przecie,
A ja już przed rozdziałem ostatnim dech chwytam.

Zawoalowana zaleta niewielka
Dla fanów produkcji jest tej animacji.
Na kartach przemknie bowiem Kopciuszek, Arielka,
Co tylko podnosi poziom książkowych atrakcji.

Lecz to ciekawostka, a motyw przemiany
Głównego bohatera z bestii do człowieka?
Powiem tyle: świetnie, jasno pokazane,
Co, zdolnego do miłości i dobroci czeka.

"Bestia" to pigułka, a zarazem całość
Baśni wszystkim znanej, lecz w nowej formule.
Gdy skończyłam, dalej, wciąż jest mi jej mało,
Gdyż dla mnie się kończyć nie winna w ogóle. 

Choć wiadomo: są teksty wybitne, przeciętne
Ocenić tę powieść, w mojej leży gestii.
To nie arcydzieło - tak rzec się nie zlęknę.
Mimo wszystko, polecam przeczytanie "Bestii".


Ilość stron: 223
Wydawnictwo: Dream Books
Cena okładkowa: 34,90 zł
Cena nabycia: 7,99 zł (Biedronka)

Więcej zdjęć:

***

Co sądzicie o tej książce? Słyszeliście o niej wcześniej? Lubicie historię o "Pięknej i Bestii"? Podoba Wam się taka niecodzienna forma recenzji? (Czy to w ogóle można nazwać recenzją? o:). Piszcie! :)

niedziela, 21 sierpnia 2016

Carina Bartsch - Lato koloru wiśni: fabuła z M jak Miłość i to, co Smerfy lubią najbardziej

Carina Bartsch - mistrzyni płytkiej koncepcji, banalnego stylu i bardzo przeciętnego języka. Żaden pisarz nie zniesmaczył mnie tak jak ona suchymi dialogami, które aż wołają o pomstę do nieba. Nie, nie będę gołosłowna! Oto przykład:
- Cześć, Emely! - zawołał Elyas z głębi mieszkania.
- Cześć - wymamrotałam [...]. (str. 25)
Sami widzicie, z jaką literacką porażką musiałam zmagać się przez całe 4-5 dni czytania tej książki. 5 dni! Wytrwałam, dałam radę, ale uraza do tej historii, do absurdalnych zachowań bohaterów i ich tanich zagrywek, myślę, że pozostanie na zawsze. Muszę nauczyć się jakoś z nią żyć.

Ta oprawa mnie zauroczyła! Chociaż czytając dużo fantastyki, preferuję magiczne, tajemnicze, baśniowe klimaty, prosta stylistyka, zdobione tytuły rozdziałów, a także ładnie współgrające z okładki z grzbietem podbiły raz dwa moje serce. 

A teraz podnosimy rączki do góry: kto się nabrał? Kto uwierzył, że nie spodobała mi się książka pełna dowcipu, dystansu głównych bohaterów do siebie i iskier trzaskających pomiędzy nimi przy każdym spotkaniu? Takie żarty powinnam fundować Ci w Prima Aprillis, w kwietniu, na wiosnę. A nie w lato. I to na dodatek koloru wiśni!

Historia czuje się tak swobodnie, że płynie swoim tempem, niczym się nie przejmując. Emily - studentka literaturoznawstwa wiedzie swój spokojny żywot w Berlinie (nie, to wcale nie przeludniony Nowy Jork, a nasz zachodni sąsiad! Jeszcze pół wieku, a wszystkie powieści będą działy się w Ciechocinku! :|). Do czasu, gdy na scenę wkroczy tajfun entuzjazmu, czyli jej najlepsza przyjaciółka Alex. Oczywiście, razem z bratem Elyasem. I wyszłoby z tego wspaniałe lovestory, gdyby nie fakt, że kilkanaście lat temu ta dwójka doskonale się znała, ale wskutek pewnego wydarzenia, chłopak wyjechał do Londynu, gdzie dla naszej bohaterki słuch po nim zaginął. Zdążył jednak powrócić do ojczystego kraju, zamieszkując razem z siostrą w stolicy. Stolicy, która według Emily stanie się zdecydowanie za małym miejscem dla ich obojga. Ale skoro nawet królowa wiedzy: nauka twierdzi, że to przeciwne znaki się przyciągają.. musi być dla nich jakaś szansa. Przykro mi, Em! 

Fabuła to żadna filozofia. Ba, odnosiłam nawet wrażenie, że śmiało mogłaby być rozkręcana na bieżąco, jak M jak Miłość (bynajmniej to nie jest wada!). A teraz on rzuci taki tekst, ona dźgnie go łokciem w żebra. W tym momencie jadą na imprezę, a kilka rozdziałów później? Może biwak? Brzmi nieźle! Oczywiście pojawiają się ogólne ramy, by litery komponowały się w sensowną historię, a nie pół tysiąca stron paplaniny w formie relacji gadatliwej ciotki z rodzinnej imprezy. Wszystko ma ręce i nogi, zachowując jednocześnie spontaniczny klimat rozwijania akcji wraz z optymalną do tego chwilą w książce.

Koncepcja w punkt, a bohaterowie? Przede wszystkim, ujęło mnie to, z jaką łatwością nawet pomniejsi, drugoplanowi potrafili ująć mnie. Pal licho główną dwójkę! Chociaż takie osoby jak Andy czy Dominic stanowiły w pewien sposób dodatek do wypełnienia paczki Elyasa ciekawymi charakterami, to nie spodziewałam się, że po kilku minutach spędzonych w ich towarzystwie, od razu wyrobię sobie jasne zdanie na ich temat. I tak jak np. tego pierwszego polubiłam już po pierwszym "śmieszkowym" tekście, o tyle w drugim natychmiast wyczułam.. negatywną aurę. (Zaburzał mi porządek wszechświata i tyle. :|). Od razu widać, że autorka nie szczędziła swoich umiejętności na pozostałych, rozdzieliła osobowości po równo: dla Emily, Elyasa, ale również dla Alex, Evy czy Sebastiana i całej reszty. Nareszcie ktoś porządnie skupił się na ludziach zamiast rozwijać opisy łąk i dolin, ciągnące się jak krówki ciągutki. 

A nasza narratorka? Znowu: wreszcie typ postaci, która w stu procentach mi odpowiada i w której odbieranie świata bardzo łatwo i przyjemnie jest mi się wczuć. Nawet, gdy robi lub myśli w sposób uważany przeważnie za lekkomyślny (młodość ma swoje prawa! :|), niemądry, wiem, że sama też byłabym skłonna postąpić w podobny sposób, co sprawia, że równie dobrze to ja od razu mogłabym przejąć jej rolę w kłótniach z Elyasem (luzik, bluesik, kapelusik! ^^). Jej wypowiedzi, myśli w żaden sposób nie wydają się być wymuszone, sztuczne, płytkie lub nieadekwatne: prostymi słowami, jak na swój wiek mówi szczerze, ale nie dając sobie w kaszę dmuchać.

Myślisz, że teraz rozwinę się w kwestii relacji naszej głównej pary? A ja będę taka, że nie poświęcę im więcej niż trzech określeń: humorystyczna elokwencja, lekkość konwersacji, buchające ogniem, grzmiące spojrzenia (czyli to, co Smerfy lubią najbardziej!). 

Powiem tak: gdyby przez ponad 400 stron autorka okroiła powieść do samych dialogów czołowych bohaterów, książka byłaby w dalszym ciągu tak fenomenalna jest jest teraz. Nawet jeśli ich ilość w powieści i tak już przeważa, nie obraziłabym się, gdyby przerobić ją na dramat: same kwestie, kilka didaskaliów, by określić, gdzie obecnie znajdują się nasi ulubieńcy. Finito, tyle by w zupełności wystarczyło!

W tej otoczce zachwytu, podziwów i wzdychania, jest element, który mnie dotkliwie niepokoi. Mianowicie, obawiam się, że w drugim tomie Carinie Bartsch albo zabraknie pomysłów na ciągnięcie nagonki Elyasa za Emily, albo w końcu da amantowi wygrać i zawładnąć sercem swej niedoszłej dziewczyny. A wtedy prawdopodobnie zabawa, żarciki się skończą, oddając miejsce wzniosłym deklaracjom, porywom serca i czułym zbliżeniom. (Bleee :C). Trzymam zatem kciuki, że nasza bohaterka będzie trwać dalej w swej wytrwałości. Do boju, dziewczyno!

Moje czujne oko krótkowidza zauważyło także ogromną nieścisłość nie do przejścia. Bowiem na str. 10 autorka Bartsch w taki sposób przedstawia nam Alex:
"Alex była potomkinią potwora, choć nie zdradzał tego jej niewinny wygląd. Podobnie jak matka, miało jasnobrązowe, kręcone włosy, które często nosiła rozpuszczone."
Z kolei str. 46 funduje nam już taki obraz bohaterki:
"Alex miała nie tylko blond włosy, ale - jeśli chodzi o mężczyzn - była kompletną blondynką."
Czyli w końcu jaki był ten kolor włosów? Czuję się bardzo źle z faktem niesprecyzowania tego przez autorkę. 

Powieść obyczajowa nie wybroni się tylko faktem bycia powieścią obyczajową. Po co czytelnik ma sięgać po coś, co ma w rzeczywistości na jeszcze lepszym poziomie? Ten gatunek też musi się czymś odznaczać, zawalczyć o swoich odbiorców, by zwrócili uwagę właśnie na taki, a nie inny tytuł. Jeżeli chcesz już ciągnąć lovestory, to proszę bardzo. Pamiętaj, że to też trzeba umieć (lub starać się i próbować!). "Lato koloru wiśni" broni się znakomicie całym swoim ekwipunkiem: ciętą ripostą, ostrymi jak brzytwa charakterami i płomiennymi emocjami. Z takim rynsztunkiem: można iść w bój!




Liczba stron: 493
Wydawnictwo: Media Rodzina
Cena okładkowa: 34,90 zł
Sposób nabycia: konkurs
(Nie mogłam trafić na lepszą książkę z urodzinową recenzją!)

Skarbnica rezolutnych odpowiedzi: (nie wiem, czy tylko ja zaśmiewam się przy tym godzinami.. :D)
Ludzi dzieli się na tych, którzy potrafili tańczyć, i na tych, których ruchy przypominały raczej atak epilepsji albo pingwina na lodzie. (str. 98)
 - Myślisz, że tylko ty cierpiałaś? - zapytał.
Parsknęłam.
- A niby kto jeszcze? Zdeptałeś mrówkę, kiedy złamałeś mi serce? (str. 306)
- Powiedz, dlaczego Alex nie skacze jak kauczuk po okolicy? (str. 322) 
- Elyas.
- Hm? – wymruczał.
- Grasz na pianinie i studiujesz medycynę, prawda? - wyszeptałam i włożyłam wiele wysiłku, by mój głos zabrzmiał namiętnie.
- Mhm… - powtórzył i znów zaczął głaskać mnie po udzie.
- To znaczy, że bardzo potrzebne są ci palce, prawda?
- Hmm? – W jego głos wkradła się nuta irytacji.
- Więc na twoim miejscu natychmiast zabrałabym tę dłoń, zanim ją tobie połamię!
- Gilotyna, ukamienowanie, rozstrzelanie czy stryczek?
- Hmmm? - zapytałam.
- Patrzysz na mnie z taką złością, jakbyś już myślała o morderstwie. A ja pytam, w jaki sposób.
- Chwilowo najchętniej posłużyłabym się ręcznym granatem. Poszłoby najszybciej.
- A dokąd on się znowu wybiera?
- Elyaaas! Emely pyta, dokąd idziesz?- zawołała Alex
- By zaspokoić twoją ciekawość, króliczku, powiem ze idę tylko po mleko. Mogę?
Arogancki,głupi,bucowaty,bezczelny...
- Jak dla mnie możesz sobie kupić nawet krowę - wysyczałam.
- Zastanawiałem się nad tym,ale to niepraktyczne.
- Cześć, mała, mam dla ciebie dobrą wiadomość!
- Elyas zginął tragicznie i będą o tym mówić w dzisiejszych wiadomościach?
- Nie – zachichotała. – To coś znacznie lepszego!
Moja teoria, że mężczyźni przychodzą na świat z wadą mózgu, potwierdzała się z każdym dniem.
- Jesteś jak cukier, Elyas- wymamrotałam.
- Słodki?- W jego głosie brzmiało radosne zaskoczenie.
- Nie, klejący! - odpowiedziałam i zakończyłam rozmowę.
- Ale to działa - powiedział pewnym siebie głosem.- Lecisz na mnie.
- Lecę na ciebie jak zepsuty szybowiec.
Uśmiechnęłam się, zeskoczyłam z kuchennego blatu tak niezdarnie, że potknęłam się i prawie uderzyłam głową o lodówkę. Jak gdyby nie było to dość zawstydzające, ten idiota musiał się jeszcze roześmiać.
- Drzwi są tam – wskazał. – A może mamy w lodówce ukrytą windę, o której nie wiedziałem?
- Bardzo śmieszne – warknęłam i poczułam, że się rumienię. Powinien wsadzić swoją cholerną głowę do piekarnika i zobaczyć, czy nie ma w nim windy.




Więcej zdjęć:

niedziela, 14 sierpnia 2016

Fiona Wood - W dziczy: odkryliśmy receptę na zło tego świata!

Chcesz się rozerwać, odpocząć, spędzić czas z przyjaciółmi robiąc coś naprawdę niezwykłego. Coś, co zapisze się w Twojej pamięci na długi czas. Pragniesz przeżyć wspaniałe chwile, które będziesz później wspominać na starość pakując je pod etykietkę "najpiękniejszych momentów młodości". Powstaną z nich idealne opowieści dla wnuków, stawiane ich dziadków w świetle wyczesanych i rozrywkowych młodych z masą szalonych pomysłów. Cóż począć, by przeżyć taką przygodę życia?

ALBO...

Przeżywałaś ciężkie chwile, najprawdopodobniej najcięższe do tej pory w swoim życiu. Wszyscy nakłaniają Cię do tego, by w jakiś sposób się od nich oderwać: uciec i wrócić najwyżej wtedy, gdy nie będą wydawać się tak straszne i przytłaczające. Traumatyczne wydarzenia ciągle wracają do Twojej głowy, niezależnie od tego, jak daleko wyrzucisz je z pamięci. Jak sobie poradzić, by wyjść z tego cało?

Jest jedna odpowiedź. A przynajmniej tę proponuje nam autorka recenzowanej powieści. Jechać na leśny obóz. W dzicz. Tam wszystko co złe pryśnie, jak bańka mydlana. Odkryliśmy receptę na zło, panie i panowie! Pakujcie plecaki, wrzucajcie karimaty: jedziemy walczyć ze złamanym sercem, niezdaną klasówką oraz całą resztą, która leży Wam na wątrobie!


Historię otrzymujemy w wersji podwojonej, bo opowiadanej z perspektywy dwóch bohaterek. Sybilla uważa klasowy wyjazd nie jako obowiązek przychodzący z czasem na każdego ucznia, a jako prawdziwą przygodę. Jest nastawiona na to, co może ją spotkać ze strony lasu. Nie przygotowała się jednak na zawirowania miłosne i przyjacielskie, wywołane głównie przez reklamowy billboard z jej zdjęciem. Z drugiej strony stoi Lou - dziewczyna, która niedawno straciła w wypadku chłopaka, najbliższą jej osobę. W ciężkim stanie pomaga jej terapia, lecz rodzice bohaterki przekonują ją do zmiany szkoły oraz wyjazdu z nowymi kolegami na zieloną szkołę. Wiadomo: sceptyczne podejście  oraz tkwiące w jej sercu wrażenie utraty uniemożliwia Lou asymilację z otoczeniem. Jak potoczą się losy obu nastolatek? Czy znajdą wspólny język?

Uwielbiam klimat natury, w której ingerencja człowieka ogranicza się do roli obserwatora, kulturalnego gościa. Stąd też spodobała mi się inicjatywa Fiony Wood, która osadziła mnie razem z bohaterami w lesie. Sama najmilej wspominam wycieczki klasowe w góry: mieszkanie w domkach, ogniska, podchody, sztandary. Zatem wszystko wskazywało na to, że dzięki powieści przypomnę sobie te wspaniałe chwile, jeszcze mocniej odczuję wakacyjny klimat, śledząc losy bohaterów.

 A tu fiasko! Nie na całej linii, powiedziałabym: tak na trzy czwartej (ewentualnie na pięć siódmej :|). Książka nie wywołuje we mnie prawie żadnych emocji: co prawda ani negatywnych, ale też praktycznie żadnych pozytywnych. Czytam, bo czytam - chcę ją skończyć, skoro już zaczęłam, aczkolwiek nie czuję się pod wrażeniem czegokolwiek. Jakbyś zabierał się za jedzenie całkiem ładnie wyglądającego knedla, miał na niego sporą ochotę, a tu się okazuje, że nie to, że nie ma w nim żadnego nadzienia to jeszcze ciasto zostało niedoprawione. I żuj tu takiego klucha - smacznego!

Szczęście w nieszczęściu, pisarka podświadomie postarała się, by ulżyć tym znudzonym, zniecierpliwionym czytelnikom, skracając długość jednego rozdziału do minimalnego minimum. W efekcie otrzymujemy ich aż setkę, ale pomiędzy każdym możemy robić sobie przerwy, by ochłonąć po tak... zawiłej i wciągającej akcji. Gdyby tylko jeszcze zaznaczono przy numerze każdego, z perspektywy której narratorki napisano owy fragment. Skąd mam wiedzieć czy np. nagle Sib nie popadła w depresję z powodu tego, że znalazła się w centrum zainteresowania?

Wydawało by się, że okej: na powieść obyczajową podstawowe warunki spełniono: pojawiają się problemy, mnóstwo problemów z rówieśnikami, z dojrzewającą duszą młodego osobnika. Ale czy historia tak bardzo by ucierpiała na ich ograniczeniu do np. połowy książki? Po co upychać je po kątach, byle tylko wszędzie czuć otaczające nas i bohaterów kłopoty, rozterki, zmartwienia. Nie zarzucam autorce, że nie potrafiłaby inaczej, bo zdarzały się wydarzenia poprowadzone swobodnie, lekko, z przymrużeniem oka bądź po prostu z radosnym, spontanicznym pomysłem. A skoro ją na to stać, to trudno nie patrzeć na te "złe" części krytycznym okiem. Co innego gdyby całość wypadała cieniutko. Wtedy machnąć ręką i.. trudno. Veni, vidi, sed non vici.

Bez dwóch zdań widać, że w kompozycji powieści bohaterki miały wychodzić na pierwszy plan: ich osobowości, charaktery, sposoby postrzegania rzeczywistości. Wychodzić wychodziły, ale czy to zaleta? Moim zdaniem, poświęcono im zbyt dużo stron. I jedna, i druga wydawały mi się po prostu nie takie: albo nie pasowały mi ich zachowania, albo były one zbyt sztuczne, mdłe. Ot postawione w pewnym stopniu na zasadzie kontrastu, który stopniowo powodował, że potrafiły znaleźć wspólny język. Kto nie znał wcześniej takiego motywu, no kto?

Kurcze, aż żal! Baza w postaci obozowiska, czekających na uczniów tam zadań, obowiązków - to wszystko brzmi tak świetnie, że sama bym spakowała szczoteczkę do zębów, misia i już ruszała zajmować sobie łóżko na górze piętrowca! Wystarczyło by nawet gdybym przeczytała o wspólnych inicjatywach, zakręconych pomysłach, fantastycznych eskapadach.. Niestety, autorka poczyniła ku mojemu wyobrażeniu ledwie dwa, trzy kroki. A, że meta trochę dalej.. nie dało rady.

"W dziczy" to powieść, która najbardziej zadowoli osoby, niespodziewające się po niej niczego nowego. Nawet jeśli uznacie tak jak ja, że przyjemnie wypełniła Wam czas, to tylko ci najmniej wymagający z uśmiechem na ustach odłożą ją do sterty z ulubionymi tytułami. Reszcie pozostawi po prostu niedosyt:. Jeśli chociażby wybroniła się solidnie skomponowanym pomysłem (ludzie, w lesie można robić TYLE rzeczy! Jeść jeżynki, zbierać grzyby, śpiewać przy ognisku, gonić żaby. No wszystko można!) to nic nie pozostałoby dla jego realizacji: zbyt prostej, zbyt oczywistej. Zbyt obyczajowej.
Liczba stron: 376
Wydawnictwo: Jaguar
Cena okładkowa: 34,90zł
Sposób zdobycia: biblioteka

Więcej zdjęć:



niedziela, 7 sierpnia 2016

Ted Sanders - Strażnicy. Szkatułka i ważka: próba zakamuflowania fizyki w powieści przygodowej

Nie raz, nie dwa zdarza się, że rozpoczynając lekturę książki, od razu na myśl przychodzą inne tytuły. Sięgasz po "Pamiętniki wampirów", a w głowie z mgły wyłania się obraz Belli, Edwarda oraz zaostrzonych kłów. Decydujesz się na serię "Gone", ale gdzieś w odmętach umysłu czają się kolejne tomy "Jutra". Niezależnie od Ciebie, podświadomie i często niewytłumaczalnie krzyczą, że te i owe elementy skądś już znasz. Jeśli też zdarza Ci się doświadczać takich momentów, liczę, że zrozumiesz moje porównanie, w którym uznałam początek historii o nastoletnim chłopcu i jego magicznej szkatułce do.. Alicji w Krainie Czarów. Da się? Oczywiście, że się da. Nie przejmujmy się tym, że książki nie mają ze sobą dosłownie nic wspólnego.

Nic poza faktem, że obie należą do grona książek skierowanych dla młodszych odbiorców: dzieci, wczesnych nastolatków (że tak ujmę przedział 11-14 lat). Chociaż, z drugiej strony uciekającego białego królika niejedni włożyliby na półkę z klasykami, przeznaczonymi dla każdego wieku. I właśnie do tego grona pragnę dzisiaj dołączyć pierwszy tom Strażników "Szkatułkę i ważkę".


Historia, która z pewnością przykułaby uwagę większości sięgających po nią nieletnich w sile wieku. I mnie. Patrzę w bibliotece: o, jaki ładny grzbiecik! Odwracam okładkę: o jaki intrygująco wyglądający opisik! Czytam go: O, "łączenie magii z fizyką" - trzeba spróbować! Tym sposobem książka trafiła tymczasowo na moją półkę. A to dopiero początek genialnej przygody, jaką było mi dane doświadczyć z głównym bohaterem: Horacym F. Andrewsem.

A owy chłopak ma naprawdę nie po kolei w głowie. Najpierw zupełnie przypadkiem trafia do tajemniczego Domu Odpowiedzi, w którym znajdują się przeróżne, przedziwne przedmioty, później otrzymuje na własność tytułową szkatułkę i sam musi odkryć jakie są jej niecodzienne zdolności. A w końcu poznaję podobną pod pewnym względem do siebie koleżankę: Chloe, by wspólnie móc określić się po jednej ze stron konfliktu dobra - Strażników ze złem - Kesh'kiri (Odszczepieńcami).

Autor nie bawi się z czytelnikiem w tanie sztuczki, tylko wrzuca go z impetem w centrum wydarzeń, które co prawda mają miejsce w naszym świecie, ale wydawały się mi tak nieprawdopodobne, że aż trudne do wyobrażenia, pomimo świetnych, prostych opisów. Można by powiedzieć, że w gratisie do historii otrzymałam porządnie zbudowaną, ogromną bazę teoretyczną, uzupełniającą rzeczywistość o nowy wymiar magii. Wszystkich przerażonych sporą dawką nowych nazw z góry uspokoję: z tyłu czeka na Was słowniczek, który i mnie pomógł w przypomnieniu sobie czym był tygiel, jithandra, czy oraculum oraz pozwoliło utrwalić różnicę między Tanu, Tan'ji i Tan'kindi. Dla chcącego nic trudnego!

Skoro już udało Ci się poczuć smak realiów, w jakich się obracałam, czas na największy atut powieści: przedmioty. Właśnie na nich opiera się przygoda Horacy'ego. Gdy staje się Strażnikiem, dowiaduje się, że nie jest jedyny. Poza nim i jego szkatułką na świecie żyje wielu innych ludzi broniących swego największego skarbu: Tan'ji, czyli rzeczy, która obdarza ową osobę niezwykłym talentem. Może to być np. przenikanie przez przedmioty, unoszenie się w powietrze czy uciszanie zmysłów innych. Albo właśnie obserwowanie przyszłości, czyli talent naszego bohatera (i tak po stu stronach się o tym dowiesz z książki, a sama informacja wydaje się być, moim zdaniem, dość zachęcająca). Nie są to moce nieograniczone, za pomocą których młodzi mogą w pojedynkę zwojować cały świat. Wszystkie wymagają praktyki, ćwiczeń, a i z nimi mają pewne ograniczenia - i tak, np. szkatułka pokazuje wydarzenia jedynie z kolejnego dnia, przyszłych 24 godzin. Ku mojemu zaskoczeniu nie czyni to historii mniej zaskakującej: jakby nie było, dowiadujemy się, co wydarzy się np. w kolejnym rozdziale. Sam fakt, że istnieje możliwość spełnienia takiego scenariusza, ale wystarczy jedna zmiana decyzji i już wszystko się rozsypuje, dodaje losom postaci niepewności, zdecydowanie bardziej zachęcając czytelnika do kontynuowania lektury.

Wiadomo, kto wygrywa pojedynek w konflikcie dobrzy vs. źli. Jednak pod względem siły przebicia przez nietuzinkowy pomysł, skłoniłabym się wyjątkowo ku ciemnej strony mocy: Odszczepieńcom i przewodzącym im doktorowi Jerycho. Nie w stu procentach klarowny opis jego postaci, zbudowanie obrazu tego nie-do-końca-człowieka, widzianego w oczach niektórych jako potwora, zdecydowanie przekonuje mnie i moją wyobraźnię, że może czytającego delikwenta przestraszyć. Przy takiej wyrazistości, spodziewano by się odzewu ze strony pozytywnych bohaterów. A tutaj.. ciut wahania, lekka kicha, ale taka, którą da się przełknąć. Bo niby czuć cięty język Chloe (nowa przyjaciółka Horacego, Strażniczka ważki), niby widać kreowanie mocniejszego charakteru Horacy'ego, niby da się doświadczyć mgiełki osobliwości owiewającej panią Hapsteade i pana Meistera... Ale chciałabym poskreślać przyjemniej część tych "nibów", żebym była  w pełni usatysfakcjonowana. 

W kwestiach technicznych można dojść do drobnej wady, która dla mnie jest, rzecz jasna, ogromną zaletą. (Logiczne i normalne :|). Ilość stron. Dla fanów trylogii, serii Engelfors i Tolkiena dodatkowe 200 stron jest najsłodszym deserem. Ale nie ma co się oszukiwać: wprawiający się, młodziutki odbiorca, dla którego Ted Sanders wykreował bohaterów-rówieśników prawdopodobnie zniechęci się zanim jeszcze przebrnie przez fragment powieści. Ma do tego prawo - sama pamiętam w swoim życiorysie takie czasy! Ratunkiem okaże się jednak podział na 5 obszernych części, pomiędzy którymi krótkie przerwy nie utrudnią kontynuowania wyprawy z Horacym i Chloe.

"Szkatułka i ważka" w prosty sposób świeżym stylem wskoczyła na wysoki poziom powieści fantastyczno-przygodowych dla dzieci i młodzieży. Połączenie magii i nauki, próba zakamuflowania w nich fizyki i rządzących nią zjawisk, pokazuje, że nasz świat jest na tyle intrygujący, że nie potrzeba go znacząco ozdabiać, uzupełniać, aby nadawał się na dobre miejsce akcji. I aby napisać wciągającą historię świetnie czującą się na ponad pięciuset stronach.

Ilość stron: 526
Data wydania: 13 stycznia 2016 r.
Wydawnictwo: Wilga
Cena okładkowa: 34,99 zł
Sposób zdobycia: biblioteka

Więcej zdjęć:

***
A na koniec zachęcam Cię do obejrzenia krótkiego zwiastuna prezentowanej książki, który, według mnie, świetnie oddaje kuriozalny świat "Strażników". 


sobota, 30 lipca 2016

Becca Fitzpatrick - Black ice+Szeptem: niedramatyczne ataki niedźwiedzi i kakao jako cisza przed burzą

Za oknem śnieg zasypuje już najwyższe drzewa, a siarczysty mróz niestrudzenie próbuje przeniknąć przez okno uparcie trzymające resztki ciepła. Sam siedzisz dygocząc z zimna, choć i tak masz już na sobie gruby sweter w bałwanki z garnkami na głowach, futrzany polar i czapkę-uszatkę, którą wieńczy solidna porcja nastroszonego futerka. Z kubka pod ręką unosi się para świeżo zrobionego kakao z cynamonową posypką, a Ty myślisz tylko o tym, jak przetrwać te najzimniejsze dni w ciągu roku. 

Coś się nie zgadza? Nie masz swetra w bałwanki? Tak, to na pewno to. A może dalej męczą Cię wątpliwości? Racja, wystarczy zajrzeć przez okno, by przekreślić moją jakże obłudną teorię. Cóż, każdemu może się nieco poprzestawiać w głowie, czytając upalnym latem o niebezpiecznej wędrówce górskimi szczytami podczas śnieżyc i temperatur sięgających Rowu Mariańskiego. Ale o tym cicho, Szeptem i na ucho.


Tak mnie los pokierował, że sięgnęłam po dwie książki tej samej autorki jedna po drugiej. A chociaż "Szeptem" miałam okazję poznać już wcześniej, wypożyczając ją z biblioteki, postanowiłam po raz kolejny zagłębić się w historii Patcha i Nory, w celu porównania jej do losów Britt oraz Masona. Czy czuję się w pełni usatysfakcjonowana tym mini-maratonem? Niestety, niekoniecznie.

Chcąc ocenić obie pozycje na zasadzie porównania i kontrastu, powiedziałabym, że wybór lepszej książki na każdej płaszczyźnie jest praktycznie niemożliwy. I jedną, i drugą chciałabym za coś docenić, gdyż mają w sobie nutę niepowtarzalności, sprawiającą, że po prostu warto po nie sięgnąć. Zwłaszcza, gdy planujecie zachęcić do czytania niechętną koleżankę bądź siostrę biegającą za Pokemonami (testowałam, genialna gra! :|) - na pewno i pierwszy, i drugi tytuł ich usatysfakcjonuje. Doskonale sprawdzą się też na relaksacyjnym urlopie. Wiecie: kocyk, trawka, lemoniadka i te sprawy.

Nieskomplikowane, bo nieskomplikowane. Jedno muszę jednak przyznać: Fitzpatrick to prawdziwa mistrzyni niespodzianek. "Black ice", od którego oczekiwałam naprawdę wiele, aż zasmuciło mnie częściową przewidywalnością i przeciętnością, chociaż upakowaną w dobry pomysł. Z kolei "Szeptem", czytane wcześniej ponad rok temu, na nowo potrafiło zafascynować, zaskoczyć i mimo, iż zapewne to wina mej słabej pamięci, dało radę wywrzeć na mnie prawie tak silne emocje, jak podczas pierwszej lektury tej historii. A pierwsze wrażenie można ponoć zbudować tylko raz.

Trudno jednocześnie pakować obie powieści do jednego wora, skoro tematyką w sporym stopniu od siebie odbiegają.


Liczba stron: 448
Wydawnictwo: Otwarte (Moondrive)
Cena okładkowa: 39,90 zł
Sposób nabycia: konkurs
"Black ice" promowany jest jako młodzieżowy thriller. Ja, trzymają się proporcji gatunków połączonych w książce, przyporządkowałabym ją jednak do romansu z elementami thrilleru.
Britt i Korbie, dwie przyjaciółki, wybierają się na wypad w góry Teton. Plany krzyżuje im śnieżyca, unieruchamiająca ich samochód i skazująca je na poszukiwanie pomocy wśród leśnych zasp. Bohaterki trafiają do chatki, zamieszkanej tymczasowo przez dwóch młodych mężczyzn, których intencje już w pierwszej chwili można poddać wątpliwościom. Jedno jest pewne: decyzja nastolatek o nawiązaniu znajomości z nieznajomymi poważnie zaważy na ich wyjeździe, a nawet na życiu.
"Black ice" to przede wszystkim klimat. Klimat gór, zimowego lasu i zagrożenia, które czyha za każdym świerkiem. Za sprawą prostych, ale częstych i dosadnych opisów, nie sposób nie pojąć chłodu przenikającego każdą warstwę ubrania Britt. Autorka ustami narratorki wspomina o każdym elemencie, który składa się na ten obraz: przemakające skarpetki, drapiący gardło wdech powietrza czy zmarznięte uszy. Dzięki temu nie potrzebujemy dłuższych przekonań, że akcja faktycznie dzieje się w trudnych warunkach, bo to się po prostu czuje.

Ale dlaczego nie zgadzam się z przyporządkowywaniem historii do thrilleru? Dla mnie książkę podzielono na etapy, gdzie w największym stopniu pojawiają się konkretne gatunki, to na nie postawiono nacisk w losach bohaterów. I tak zaczynamy od zwykłej obyczajówki: ot wyjazd w góry.  (Jedziemy na wycieczkę, bierzemy misia w teczkę.. ^^). Britt ma swoje problemy, rozstała się z chłopakiem - najbadziej typowy wstęp do historii o nastolatce. Wprowadzenie napięcia zapoczątkowuje poszukiwanie wsparcia w chatce Masona i Shauna. Chociaż, szczerze powiedziawszy, nie jest wielką tajemnicą, jak ich los się potoczy. Zwłaszcza dla kogoś, kto przed lekturą sięgnął po opis okładkowy. Ale okej, niech będzie ten thriller. Gdy rozpoczyna się wędrówka chłopaków z zakładniczką przez góry, rozpoczynamy też epizod przygodowy, gdyż opowieść skupia się na walce o przetrwanie, napotykaniu mniej lub bardziej pożądanych postaci, ogółem motyw drogi. Te fragmenty uznałam za najbardziej nieprzyciągające uwagi, ponieważ, pomimo najsilniej odczuwanej atmosfery otoczenia, nie dzieje się szczególnie wiele, a to, z czym zmagają się bohaterowie w dużej mierze amator Sherlocka byłby w stanie przewidzieć. Przecież wiadomo, że kiedyś coś ich zaniepokoi, a innym razem się okaże że to niedźwiedź. Bez tego po prostu by się nie obyło.
Końcówka poczęstuje Cię z kolei sporą liczbą wybuchowych niespodzianek i ostatecznym podzieleniem frontów. Dla mnie, największe zaskoczenie wywołało w pierwszym momencie odkrycie "tego najgorszego" czarnego typa, odpowiedzialnego za główną zbrodnię. Nawet jeśli nie trudno go zdemaskować, to w skutek uśpienia mojej podejrzliwości przez większą część historii, rozdziawione usta na pięć sekund uznałam za efekt murowany. (Może właśnie taki był zabieg autorki? Kto wie, kto wie... :|).

A z kolei coś, co w innym przypadku by mi przeszkadzało, tutaj wyraźnie zaplusowało: retrospekcje. Nasza narratorka, w celu ocieplenia przypuszczalnie ostatnich chwil zagrożonego życia, przywołuje różne wspomnienia związane z Korbie (przyjaciółka), Calvinem (brat Korbie + chłopak Britt). Wbrew wszystkiemu, o co podejrzewałabym ten zabieg stylistyczny, nigdy nie zarzuciłabym mu dynamizowania akcji. A jednak! Gdyby Fitzpatrick zdecydowała się na pozostawienie jedynie opisów aktualnych wydarzeń - przemierzania przez postaci górskich stoków, poza mroźnym wiatrem, w książce wiałoby również nudą.

 

Liczba stron: 328
Wydawnictwo: Otwarte (Moondrive)
Cena okładkowa: 32,90 zł
Sposób nabycia: konkurs
Z kolei w "Szeptem" motyw przewodni to upadłe anioły, czyli na wstępie zaznaczone paranormal romance.
Nora chodzi razem z Vee do liceum. Jako najlepsze kumpele siedzą razem na każdych zajęciach, spędzają ze sobą większość czasu w szkole, jak i poza nią. Sytuację postanawia zmienić nauczyciel biologii, który nakazuje uczniom zamianę dotychczasowych miejsc w ławkach, jak i partnerów w nich. Tym sposobem nasza bohaterka zostaje skazana na towarzystwo ponurego Patcha, w żaden sposób nie ułatwiającego wspólne wykonywanie prac domowych zadanych przez nauczyciela. Wraz z wejściem tajemniczego chłopaka w życie nastolatki, spotykają jej dziwne, niewyjaśnione sytuacje, które najprawdopodobniej mają coś wspólnego z milczącym kolegą. 
Na pierwszy rzut oka: motyw powszechniejszy, przejedzony, przeżuty i wypluty. A jednak, gdybym miała za zadanie wybrać spośród mnóstwa powieści gatunku te, które subiektywnie są najlepsze (bądź przynajmniej dobrze moim zdaniem napisane), wybrałabym m.in. "Szeptem". Prawdopodobnie wynika to z faktu, iż ostatnią książkę z podobną fabułą czytałam kilka lat temu, w epoce "Zmierzchu" łupanego.

Opowiadając historię Nory i Patcha, odnoszę wrażenie, że autorka więcej zdań poświęca rozwijaniu akcji, aniżeli budowaniu charakterystycznego klimatu. A chociaż faktycznie nie jest on tak wyrazisty jak w pierwszym, zaprezentowanym tytule, nie oznacza to, że go w ogóle nie ma. Te sekrety, niedomówienia i domysły narratorki również kreują mgiełkę niepewności, szepczą do uszu czytelnika "coś tutaj nie gra", "zastanów się, czy nie robią Cię w balona". Aczkolwiek subtelniej, utrzymując się gdzieś pomiędzy głównym, a drugim planem. Z kolei dynamika bardziej targała moimi emocjami: ani na moment nie opuszczało mnie napięcie, nawet, gdy główna bohaterka robiła sobie gorącą czekoladę (od razu brała mnie na nią ochota :C) wiedziałam, że to cisza przed burzą. Natomiast w "Black ice" nie miałam tej pewności: coś się zdarzy, albo i nie. Nawet jeśli, żeby historia nabrała dramatyzmu potrzebne było coś znaczącego, coś dużego. Mały atak niedźwiedzia nie wystarczy. (Powiedziała ta, która przy spotkaniu z grizzlym wiałaby, gdzie pieprz rośnie, a nie marudziła: "ej, weźcie sprowadźcie lepiej dinozaury"!).

Czar par, czyli kto wygrywa kategorię "miłosne zaloty". Na złotym postumenciku postawiłabym relację.. tum, tu tu tummm... Nora+Patch! I obdarowała laurowymi wieńcami, doceniając w kategorii "złotych dialogów". Nie czarują mnie frazesy, głębokie słowa pełne uczucia i pożądania, zrywanie z siebie koszulek, gdy tylko amant na Ciebie spojrzy (a raczej "zacznie taksować wzrokiem") . Za największą sztukę uważam lekkość, swobodę stylu podczas tworzenia rozmów między głównymi bohaterami. Nie robią ze swojego uczucia, które w początkowej fazie niewiele ma wspólnego z romantycznością, czegoś, czym ono nie jest. 
- Największe marzenie?
- Żeby cię pocałować.
- Nie ma w tym nic śmiesznego.
- Owszem, ale się zarumieniłaś.
-Należysz do sekty?
(…)
-Tak się składa, że potrzebuję zdrowej kobiety na ofiarę. Zamierzałem ją uwieść, stopniowo wzbudzać w niej zaufanie, ale skoro jesteś już gotowa… .
-Zajrzałam do twojej kartoteki. (...) -To z pewnością jest nielegalne.-szepnął.
-Ale nic w niej nie ma. Żeby choć wykaz szczepień...(...)
-I mówisz mi o tym, bo się boisz, że wywołam epidemię? Odry czy świnki?
- To naturalnie rudy kolor? - Uśmiechnął się.
Przebiłam go wzrokiem.
- Nie mam rudych włosów.
- Przykro mi, ale wiedz, że są rude. Nie byłyby czerwieńsze, nawet gdybym je podpalił.
O kurde. Kurdekurdekurde. Potrąciłaś j e l e n i a? Nic się nie stało? Może to był BAMBI?
(Ten tekst jest autorstwa Vee, ale.. pozdrawiam fanów Bambiego - disneyowski jelonek żyje i ma się dobrze!)

W jakim stopniu dorównują im Britt z Masonem? Dorównują, chociaż nie powiedziałabym, że perfekcyjnie. Ubóstwianych przeze mnie potyczek słownych pojawia się mniej, ale grunt, że ich relacja nie drażni oczu sztucznością czy rozwojem z prędkością polującego geparda. Swobodnie, spokojnie, na wszystko przyjdzie czas.
- Czytasz mi w myślach - zachichotałam.
- Widzisz? Jestem chodzącą doskonałością. Nie musisz mi nawet mówić, czego chcesz. - Jude postukał się palcem w głowę. - Jestem męską wróżką. Jedną na milion. To co najmniej drugoligowa supermoc.
- Przestań. Przez ciebie zaraz naparskam do drinka.
- Już to przewidziałem. -Jude znowu postukał się po głowie.
- To najlepszy wieczór w moim życiu - westchnęłam radośnie. - Dziękuję ci.
- Przeze mnie naparskałaś sobie do drinka i twierdzisz, że to najlepszy wieczór w twoim życiu. Dość łatwo cię zadowolić.

A więc... Obie powieści to przyjemny w odbiorze lekki styl, ze sporą dawką języka codziennego, momentami zakrawającymi o sformułowania potoczne. Obie powieści bazują na tajemnicach, odkrywanych stopniowo faktach, które rozwijają fabułę na kolejne strony. I w końcu, obie powieści to zbudowane na podobnej zasadzie historie, w których największą różnicę stanowi pomysł. Do wyboru mamy przysypany śniegiem, romantyczny kryminał dla początkowych Panien Marple oraz panów Poirotów lub paranormalny, lekki jak anielskie piórko romans  z nieustannymi werblami napięcia. Ja wybieram opcję nr dwa, bo.. szczerze mówiąc.. zimy to ja mam serdecznie dosyć.

 Więcej zdjęć:




niedziela, 17 lipca 2016

Danielle L. Jensen - Porwana pieśniarka: amory w głowie, góra.. nad głową

Jedziesz na koniu. Patataj, patataj, patataj. Wiatr delikatnie muska Twoją twarz, drzewa w lesie szumią pod jego dyktando, a pod kopytami słychać nieregularny szelest liści. Nagle zaczyna Cię gonić drugi jeździec. Co robisz? Przyspieszasz. (Najbardziej błyskotliwa odpowiedź na najbardziej błyskotliwe pytanie tej recenzji!). Niestety w końcu ten Cię dogania, zgarnia na swojego konia i wywozi. Pod górę. Nie, nie na, nie w okolicę. Nurkując w rzece wciąga Cię pod potężny, skalny usyp. Gdy docieracie do nieznanego Ci jeszcze celu podróży, przeżywasz szok największy z możliwych. Jesteś w mieście trolli. Zostałaś porwana i sprzedana trollom. Ale nie to jeszcze dziwi Cię najbardziej. Widząc postaci, którym właśnie zostałaś oddana, w głowie przemyka Ci tylko jedna myśl: czy ten kto nazywał owe stwory kiedykolwiek oglądał Harry'ego Pottera?


Tak mniej więcej prezentuje się zarys fabuły odkryty czytelnikom przez wydawców na odwrocie książki. Cecile - ludzka dziewczyna zostaje porwana przez Luca, który połakomił się na legendarne złoto trollów  i sprzedana rozsławionym w ludowych porzekadłach, istotom. Ich zdaniem właśnie nasza bohaterka poddając się magicznemu rytuałowi połączenia z trollowym księciem Tristanem, wybawi cały jego naród z klątwy, rzuconej na nich przez czarownicę. Ów urok uniemożliwia bowiem wyjście trollom poza granicę ich podziemnego miasta, nie wolno im doświadczyć świeżego powietrza, słonecznych promieni i szumu drzew.  Jedynie magia zabezpiecza ich domy przed osunięciem się na nie skał z góry. Zatem cenę ich wolności musi zapłacić młodziutka Cecile.

W tym momencie przedstawię Ci najbardziej nieoczywisty, kreatywny i innowacyjny wniosek, na jaki stać mnie po zagłębieniu się w historię Jensen: ta książka jest TAK inteligentna. Brzmi idiotycznie? Bardzo? Cóż mogę na to poradzić, skoro taka jest prawda! Czytając o knuciu władcy, poddanych, stających po różnych stronach konfliktu, którym zawładnęło całe Trollus, sposobach manewrowania działaniami dla uzyskania różnych celów, naprawdę czułam się tym pochłonięta bez reszty, gdyż samo ogarnianie umysłem wszystkich strategicznych kroków przychodziło mi momentami z lekkim wysiłkiem. Takich książek powinno być więcej, nie leciutkich jak wysuszone piórko kolibra obyczajówek, gdzie największy problem to zapamiętanie pięciu imion bohaterów, różniących się pojedynczymi spółgłoskami! 

Choć zdaję sobie sprawę, że autorka byłaby w stanie rzucić czytelnika na jeszcze głębszą wodę i zasypać go jeszcze większą ilością faktów, intryg politycznych, militarnych, nie robi tego nie bez powodu. Daje swoim odbiorcom możliwość posmakowania, skosztowania jak i z czym się je ten rodzaj fantastyki, tak, by nawet takie niedoświadczone świeżaki jak np. ja mogły poczuć klimat nieograniczonego niczym świata paradoksalnie zamkniętego pod gruzami góry.

A jak sprawa się ma ze wspomnianymi już na wstępie trollami? Wspomniałam, że i pod względem wyglądu, i umiejętności, daleko im do udziwnionych, siejących grozę, potworów, wykreowanych przez Rowling, Tolkiena czy chociażby stanowiących symbol narodowy Norwegii. Nie powiem: zaskoczył mnie fakt, że w zasadzie to zwykli ludzie, co najwyżej wzbogaceni o siłę, odporność na urazy fizyczne oraz szczyptę magii. Ja z kolei liczyłam bardziej na unowocześnioną wersję "Pięknej i Bestii" oraz rodzącą się miłość między piękną dziewczyną, a szkaradnym stworem, a także na stada zielonych ogrów biegających po skalnym miasteczku. Rozczarowana? Odrobinę, ale to jedyny "defekt" "Pieśniarki", jaki mogę Ci objawić. (który swoją drogą wynika z błędnej wizualizacji historii po przeczytaniu opisu, więc i trudno go nawet skrytykować :c).

Wątek romantyczny to z kolei silne emocje, mnóstwo problemów i nieprzesadzony dramatyzm. Część historii poświęcona właśnie relacji porwanej dziewczyny i trollowego księcia częstuje czytelnika kilkoma zwrotami akcji - zawirowaniami serca, kilkoma uroczymi opisami zbliżeń oraz kilkoma naprawdę zabawnymi dialogami wywiązującymi się między parą, które przywodzą na myśl nawet cięte uwagi np. Jace'a i Clary. Jak te poniżej:
- Jestem córką słońca - powiedziałam, a w głowie kłębiły mi się myśli.
- Jesteś bystrzejsza niż mogłoby się wydawać.
- Ale magia nie zadziała. Złączyłeś się ze mną, a klątwa nadal jest w mocy.
- Znów masz rację. Przypomnij mi, żebym wybrał cię do drużyny, kiedy będziemy bawić się w kalambury. Lubię mieć silną drużynę.
(…) – Jakie to błyskotliwe. A skoro już mowa o błyskotliwości, zamierzałaś uciec? – Przyjrzał się mojemu ubraniu. – W szlafroku i na bosaka? Powiedz mi, czy jeśli włożę piżamę i ranne pantofle, będę mógł do ciebie dołączyć, czy to samotna wyprawa?
A nawet jeżeli zdarzały się w mojej głowie słabiutkie niczym wiatr w gorący lipcowy dzionek wątpliwości związane z decyzjami głównej bohaterki podejmowanymi pod wpływem gorącego uczucia, jakim darzyła Tristana, trudno stwierdzić, że rozważania Cecile były przekombinowane bądź po prostu sztuczne. Co poradzić: dziewczyna się zakochała! A, że ludzki umysł poddający się gorącemu uczuciu zaczyna funkcjonować odmiennie od mózgu osoby przeciętnie zrównoważonej.. można bohaterce wybaczyć, prawda? 
"Człowiek zakochany przestaje zwracać uwagę na konwenanse, zachowuje się nieodpowiedzialnie. Ma w nosie to, co pomyśli o nim przełożony w pracy, ważne, co pomyśli wybranek/wybranka. A myślenie o ukochanej osobie daje mu poczucie szczęścia, błogostan porównywalny do narkotycznego transu". ~ doc. Janusz Heitzman z Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie
I wszystko jasne. Tak właśnie kończy człowiek, któremu wpadnie do głowy kilka amorów!

Skoro dotarliśmy już do postaci Cecile... poza miłosnymi uniesieniami, okazuje się, że z nią również jest.. coś nie tak. Że nie mamy tutaj do czynienia ze zwyczajną dziewczyną, co sama odkrywa podczas spaceru po bibliotece w Trollus, znajdując tajemniczy grymuar wiedźmy Anushki. Kończąc akapit w tym niewyjaśnionym momencie, zapowiem, że wprowadzenie takich elementów przez autorkę bardzo mi się podobało i liczę, że w kolejnym tomie, Jensen zafunduje nam jeszcze większą dawkę niezwykłej magii, tajemnic powiązanych z historią trolli.

"Porwana pieśniarka" tak jak głos głównej bohaterki jest barwna, niespotykana, wyjątkowa, a przede wszystkim dźwięcznym tonem przekazująca historię rodem z Narnijskich pieśni. Nieustępliwa walka o władzę, wyrachowani możnowładcy, spiskujący rebelianci z klasy robotniczej, sluagi czyhające w mrocznych korytarzach, a pośród tego wszystkiego delikatna dziewczyna, która zmienia życie w Trollus raz na zawsze. 

Ilość stron:
Wydawnictwo: Galeria Książki
Cena okładkowa: 36,90 zł


sobota, 9 lipca 2016

Joelle Charbonneau - Testy: księżniczka dystopii z krwią, mutantami i złotą rączką

Chociaż jeszcze mam trochę czasu na wybór studiów, ciągle nie potrafię zdecydować się choćby na kilka kierunków, które byłby bliskie moim zainteresowaniom. Wiem jedynie, że gdzieś i coś studiować chce, mogę i będę. A szczegóły, wychodzę z przekonania, że dogra się przez najbliższe lata. Jedni twierdzą, że powinnam podjąć już jakąś decyzję przy wyborze profilu klasy w liceum. Inni bronią mej natury wzbraniającej się przed dokonaniem wyboru, twierdząc, że lepiej poczuć, w czym się jest dobrym, a rozszerzenia nie definiują od razu mojej ścieżki rozwoju zawodowej. Sytuacja jako taka, cóż poradzić. To jednak i tak nic w porównaniu z tym, jakie problemy stanęły na drodze Malencii, dziewczyny prawie w moim wieku, która również chciała się kształcić. Konkretniej: na drodze stanęły jej Testy. (Dopiero po tej powieści zaczęłam jako tako doceniać polski system edukacji :|).


Wystarczy jedno zdanie z opisu umieszczonego na okładce, aby wiedzieć, że masz do czynienia z dystopią. Dokończysz lekturę streszczenia, a w głowie pozostaje Ci tylko jeden tytuł: "Igrzyska śmierci". Nie chcąc wymuszać na Tobie mojego myślenia, przestrzegę jedynie, że nie warto wyciągać pochopnych wniosków. Wierz mi - wiem to z doświadczenia, na dodatek nabytego w pierwszym kontakcie z powieścią Joelle.

Z powieścią o Ziemi po Wojnie Siedmiu Faz. Jedną z mieszkanek tej odmienionej planety jest Cia, żyjąca z rodzicami i starszymi braćmi w kolonii Pięciu Jezior. Dziewczyna kończy szkołę i właśnie odbiera świadectwo jej ukończenia. Skrycie marzy także o wybraniu jej do Testów, czyli w pewnym sensie egzaminów wstępnych, dających potem możliwość studiowania na uniwersytecie. Jednak po niespodziewanej rozmowie z ojcem, który znalazł się w młodości w gronie tych wybrańców, bohaterka zaczyna rozumieć, że to co uważała za pech, okazało się jej wybawieniem, a Testy nie są tylko plikiem arkuszy z pytaniami do rozwiązania. Szkoda zatem, że kilka dni później urzędnik z informacją ze stolicy przybywa do kolonii. Oznajmiając, kto z Pięciu Jezior weźmie udział w tegorocznych egzaminach.

Pomysł oklepany, a jednak całkiem nowy. Inspirowany, ale wciągający do historii. Nie powiem, że do książki podchodziłam z obojętnością: chwyciłam gdzieś ze stosu za 10zł, zaczęłam czytać w podróży, ale nie licząc na fenomen czy choćby zaskoczenie. Co najwyżej na zapełnienie monotonnego wolnego czasu. (Najlepszy wstęp do zaprezentowania świetnej książki! :D). Sama siebie zaskoczyłam, gdy nie odkładałam "Testów" co pięć minut z myślą, że na dzisiaj kończę, że nie chce mi się już czytać. Ja siedziałam i wertowałam losy bohaterów strona za stroną. Nie raz przywodziły mi one na myśl "Drogę pod pękniętym niebem" Marcina Mortki bądź "Jutro" Johna Marsdena (o "Igrzyskach" akurat nie myślałam!).  Chociaż było do przewidzenia, że postaci, którym kibicowałam (czyt. główne) przetrwają (i nie mówcie mi, że to niedopuszczalny do zdradzenia spoiler :D), że przejdą Testy (autorka musiała o kimś pisać w kolejnych tomach TRYLOGII!), to nawet bardziej interesowały mnie przygody, jakie spotkają nastolatków, zagrożenia, które staną im na drodze i sposoby je zwalczające. A na tym polu Charbonneau (chyba już do końca recenzji będę przepisywać nazwisko pisarki literka po literce :D) spisała się znakomicie, fundując czytelnikom spory wybór "atrakcji".

A jakie pokazy i obrazy czekają na Ciebie w powieści?
Smakowanie trucizn na własne życzenie, rozwiązywanie śmiertelnie niebezpiecznych zadań, ucieczki przed zmutowanymi zwierzętami i tajemniczym strzelcem z kuszą, podstępne pułapki organizatorów. Ten bogaty program rozrywkowy zapewnia Państwu miasto Tosu - siedziba rządu Zjednoczonej Wspólnoty, władającej ocalałymi terenami oraz dbającej o wystarczająco wykształconych obywateli. Doświadcz tego sam na 380 stronach pełnych potu, łez i krwi! 
Zwłaszcza krwi. Naprawdę nie spodziewałam się momentami historii tak brutalnej.. i po prostu strasznej, że aż zadygoczę ze strachu, leżąc w ciemnym pokoju jedynie z zapaloną lampką. Nie chcąc pozbawić Cię tego dreszczyku emocji, zapowiem jedynie, że pomysłodawcom owych egzaminów daleko do uroczych Teletubisiów - nie raz pokazują swoją bezwzględność oraz obojętność wobec losu, zdrowia i życia kandydatów. Ale skoro gra toczy się o najwyższą stawkę.. zasady moralne przestają obowiązywać.

Myślę, że do lektury powinna przekonać Cię również kreacja głównej bohaterki: Cii Vale. Czytając recenzje innych czytelników tego tomu, dowiadywałam się, że ich zdaniem postać ta niejednokrotnie wykazuje zachowania na wyrost względem swojego wieku: jest zbyt dojrzała. I właśnie ja się nie zgodzę! Co innego nie mieć w sobie ani jednej cząstki nastolatka, a co innego po prostu wykazywać się inteligencją i rozsądkiem. Odnoszę wrażenie, że taki osąd recenzentów wynika ze schematu, który powiela się chętnie w młodzieżowych powieściach: głupiutkich, szczebioczących cheerleaderek, przebojowych dusz towarzystwa lub cichych i zagubionych szarych myszek, kryjących się przed całym światem. Malencia chociaż zebrała po kilka cech z tych typów osobowości, nie kryje się z pomysłowością, a także pomyślunkiem, które lubi wykorzystywać i wykorzystuje, by usprawnić przebieg zwłaszcza ostatniej części Testów: samodzielnego przejścia prze ogromny, wyludniony teren. Co w tym złego, że chociaż zdarzają jej się chwile zwątpienia, niepokoju (trudno go nie mieć stając twarzą w twarz ze stadem zwierzo-ludzi!), dziewczyna potrafi poradzić sobie z naprawieniem zepsutych rowerów, przyspieszeniem gojenia głębokiej rany czy z przygotowaniem pokarmu wykorzystując do tego dostępne rośliny oraz zwierzęta. Plus daję jej dużą pochwałę za smykałkę złotej rączki - trzeba pokazać, że kobiety też to potrafią! ( :D ). Podobało mi się to, gdyż większa część akcji była faktycznie dynamiczna, nie skupiała się na dzieleniu włosa na czworo każdej napotkanej przeszkody, a zdecydowanym działaniu i drodze naprzód.

Pośród niebezpiecznego wyścigu do mety, w którym WSZYSCY mogli zostać zwycięzcami, nie zabrakło też drugoplanowego, drobniutkiego wątku romantycznego z Cią i Thomasem - kolegą z kolonii, kompanem w drodze, w rolach głównych. Ku mojemu zaskoczeniu, autorka lubowała się również w zwrotach akcji: częstych i naprawdę zaskakujących. Myślisz, że ten trzyma sztamę z tą, a tu nagle pojawia się inny, mówiąc, że ona spiskuje z kimś innym, a ten inny woli Ciebie od niej. Jednym słowem: wszystko jest możliwe, a jedynymi doradcami w kwestii zaufania do współtowarzyszy pozostają własna intuicja i słowa ojca Malencii: "Nie ufaj nikomu".

To co ma szarą, nijaką powłokę może wewnątrz tryskać kolorami - z takiego założenia należy wychodzić sięgając po "Testy". Wydawnictwo YA! rzadko kiedy zachwyci mnie ciekawą, nietuzinkową bądź przynajmniej piękną okładką (przykłady? "Przeznaczeni" lub "Moja mroczna strona"), ale nie wypada przez to skreślać tekstów, często naprawdę wprawionych pisarzy. Bo rozbudowany język czy dokładne, acz nienużące opisy liczą się bardziej od ładnej, okalającej je tekturki.

Nawet jeżeli następujące stwierdzenie zabrzmi pretensjonalnie bądź banalnie, zaryzykuję. Skoro "Igrzyska śmierci" zyskują od wielu recenzentów miano królowej dystopii, ja oficjalnie nadaję "Testom" przydomek księżniczki, degradując pozostałe powieści wzorowane na walce między dystryktami do ubarwionych, ale dalej płaskich dam dworu. Bo żeby błyszczeć na tronie, trzeba mieć czym!


Ilość stron: 381
Wydawnictwo: YA!
Cena okładkowa: 39,99 zł
Cena nabycia: 9,99 zł