Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fantastyka. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 października 2016

Sabaa Tahir - Ember in the ashes. Imperium ognia: igrzyska z lodówki i ryzyko pomyłki z Balladyną!

Bez dwóch zdań w języku polskim zapanowało mnóstwo zwrotów, które nie mają z nim wiele wspólnego. Oczywiście, to naturalna kolei rzeczy wynikająca m.in. z postępującej globalizacji, rozwoju łączności pomiędzy nawet najbardziej odległymi państwami, postępu gospodarczego oraz konieczności pogodzenia się z faktem, że nie nauczymy już mieszkańców całego świata polskiego. (Cóż tu ukrywać: tylko my jesteśmy w nim mistrzami i nic tego nie zmieni :|). Czasem dochodzi nawet do sytuacji, gdy nie potrafimy znaleźć odpowiednika w naszym języku na jakiś zwrot, sformułowanie chociażby angielskiego oryginału. "By the way", "face to face" - te dwa były ostatnio moją prawdziwą zmorą, gdyż nie byłam w stanie przestawić się na zwyczajne "przy okazji" i "twarzą w twarz". Trudne, prawda? A jednak dla niektórych wydaje się to być nie do przejścia, skoro nie chcą wydać "Komnaty w popiele".

Gdyby nie tytuł posta, na pewno znaleźliby się niezorientowani w temacie, którzy nie wiedzieli by, o co chodzi. Nic dziwnego! Nie od razu kojarzy się nic nie znaczącą dla siebie nazwę z książką tak rozsławioną: i na blogach, i wśród booktuberów, a nawet na Youtubie. Proszę Państwa, właśnie zmierzamy w kierunku Imperium ognia!


Za przewodników posłużą nam Elias i Laia - dwójka młodych ludzi, którzy pochodzą z zupełnie innych światów. Nie ma tu jednak mowy o koneksjach typu książę i dziewczyna z ludu czy Smerf z Gumisiem, a bohaterka z zepchniętej na margines kasty Scholarów w parze z uczniem akademii szkolącej czarne maski - najlepszych zabójców Imperium. Oboje kierują się podobnymi aspiracjami: osiągnięciem celu sprzecznego ze społeczeństwem, w jakich żyją, zrobieniem czegoś, co nikomu wcześniej się nie udawało. Los skieruje ich jednak na siebie, żeby.. pokomplikować im własne ścieżki.

Gdy zdążyłam się już rozeznać w sytuacji, od razu wyłapałam element, który mnie zachwycił zaskarbił moje serce. Powieść dla młodzieży, fantastyka, przygodówka, a jednak motywy czerpane są znikąd indziej, jak ze starożytnego Rzymu! Wystarczy zerknąć na imiona: Elias Veturius, Helena, Faris - czyż to Ci czegoś nie przypomina? Na pewno wszystkim fanom "Quo Vadis" bądź "Uczniów Spartakusa" od razu świta w głowie. Bardzo podoba mi się ten pomysł, gdyż pokazuje, że historia to nie przeżytek, nudny temat do przerobienia na lekcji. Motywy: od starożytności po czasy współczesne stanowią barwny, plastyczny, a przede wszystkim ciekawy materiał np. na współczesną historię, zakrawającą nawet o dystopię. (Odezwała się dusza niedoszłej historyczki :D). Byle takich więcej!

Historia daje czytelnikowi szansę na pozyskanie z niej tego wszystkiego, na co nie można liczyć w codziennym, rutynowym życiu: napięcia, zwroty akcji oraz rozemocjonowanie losami drugiego człowieka. Nie ma tu mowy o rozciągłości, a pracuje na to dosłownie wszystko: ucinanie rozdziałów w miejscach najmniej pożądanych (a tam, wiadomo, że wszystkie niedźwiadki właśnie takie zabiegi lubią najbardziej! ^^) czy też opisywanie wydarzeń w czasie teraźniejszym. Jeśli więc chcesz odsapnąć od gonitwy i skrajnych emocji, polecam raczej książkę telefoniczną!

A największych emocji ja sama doświadczyłam, gdy do akcji wkroczył wątek Prób, przez które miała przejść czwórka bohaterów. Żyłam w takiej euforii: że taka niepowtarzalna fabuła, że tyle ciekawego się dziej, i co? I klops! Znowu próbują mi wcisnąć powtórkę z "Igrzysk śmierci". Igrzyska wszędzie; jak przyjęło się mówić: wyskakują z każdej lodówki. Odgrzewane, odmrażane, ciągle i wciąż! Ale.. nie. Jednak nie. Jednak było lepiej niż się spodziewałam. I chociaż za samą straszną perspektywę muszę uciąć autorce pół punktu, to zapowiem, że nie ma czego się obawiać.

Chwilami nachodziły mnie jednak myśli, co by było gdyby... Co by było gdyby zawarto na ostatnich stronach egzemplarza krótki słowniczek z najważniejszymi pojęciami dotyczącymi Imperium? Z pewnością byłoby lepiej! I łatwiej dla osób zmuszonych odłożyć na chwilę książkę, mających słabszą pamięć lub czytającą ją na przemian z inną (np. szkolną lekturą). Mogłaby wyjść z tego kiepska sytuacja, gdyby ktoś na kartkówce z "Balladyny" napisał, że zabito Helenę, a nie Alinę albo że główna bohaterka przechodziła cztery próby dla osiągnięcia korony, prawda?

Z bohaterami jest taki problem, że zamiast jednego, głównego dostajemy pakiet: 1+1 (drugi za grosz :D). A wielokrotnie spotkałam się z opinią, że książki prowadzone jednocześnie przez dwójkę narratorów, gubią się same w sobie, jak i czytelników, których po owe sięgają. Ja bym się w tej sprawie nie zgodziła, gdyż Elias naprawdę pasuje do Lai - pod względem osobowościowym, jak i opowiadania historii. Część wydarzeń poznajemy ze strony dziewczyny, później przerzucamy się na oczy chłopaka. Pojawiają się też chwile, które jesteśmy w stanie poznać z obu perspektyw - te wydały mi się najciekawsze, bo dowiadujemy się, co myślą o sobie młodzi. A oboje zostali przez autorkę fajnie, wyraziście zarysowani: mają w sobie wolę walki, śmiało prą na przód, rozbijając wszystkich złych w proch i pył. Po takiej lekturze od razu chce się iść wojować świat!

Największa nauka wyniesiona z czytania "Imperium ognia"? W życiu nie zgadniesz! Bowiem Elias już po kilku stronach skojarzył mi się z Sagem, z "Fałszywego księcia" Jennifer A. Nielsen. Pełni animuszu, zbuntowani, stojący na przeciw wysokiej pozycji, którą mogą osiągnąć. Szkopuł w tym, że zanim napiszę recenzję, lubię wszystko opowiadać sobie w głowie, na głos - to, co bym zawarła, by niczego nie pominąć. Właśnie w takim momencie doszłam do wniosku, że Sage nie czyta się "Sage", tylko "Sejdż". Posiąść TAKĄ wiedzę to prawdziwe osiągnięcie!

"Ember in the ashes" ma w sobie potężną iskrę spontanicznej akcji, ale łączącą się w stonowanych proporcjach z przemyślaną przygodówką. Wydawać by się mogło, że pojawia się w tej historii wiele czynników, elementów, które mogłyby potencjalnie zniechęcić do lektury: nie zawsze lubiany podział roli narratora na dwie postaci, bazowanie na krzywdzącym ludzi systemie władzy (bo co nowego jeszcze da się w tym temacie wymyślić?) albo chociażby wiek głównej pary bohaterów, sugerujący, że ich zachowania okażą się nierozsądne, a przemyślenia przekombinowane. A jednak nie! Nie zawiódł mnie wielopoziomowy świat przedstawiony, sklejony że strzępków wyobraźni autorki oraz podłoży historycznych. Nie zawiódł mnie Elyas ani Laia, których podejście naprawdę sugerowałoby o ich dojrzałości. Zawiódł mnie jedynie.. tytuł. Zaczęło się od odstępowania od czytania polskich autorów. Niedługo, polskie tytuły staną się nietykalnym wyjątkiem. I będziemy je oglądać tylko na okładce "W pustyni i w puszczy". ( Tak będzie :|).


Ilość stron: 508
Wydawnictwo: Akurat
Cena okładkowa: 39,90 zł
Cena nabycia: ---
Sposób nabycia: konkurs


Prosto z książki...
"- Hm. Tak mi się wdawało, że robisz dżemy.
- Naprawdę? Dlaczego?
Uśmiecha się łobuzersko.
- Bo jesteś taka słodka."
"Mogę też zanieść jej jakiś drobiazg. Kwiaty? Rozglądam się. W Czarnym Klifie nie rosną kwiaty. Może sprezentuję jej sztylet. Tych nie brakuje, a bogowie wiedzą najlepiej, jak bardzo by jej się przydał."
"W taki sposób patrzyła na ciebie Lavinia Tanalia. I Ceres Coran. Chwilę przed tym, kiedy je pocałowałeś.
Tym razem jest inaczej. To jest Helena. I cóż z tego?Chcesz się przekonać, jak to jest - pewnie, że chcesz."


 Więcej zdjęć:

niedziela, 7 sierpnia 2016

Ted Sanders - Strażnicy. Szkatułka i ważka: próba zakamuflowania fizyki w powieści przygodowej

Nie raz, nie dwa zdarza się, że rozpoczynając lekturę książki, od razu na myśl przychodzą inne tytuły. Sięgasz po "Pamiętniki wampirów", a w głowie z mgły wyłania się obraz Belli, Edwarda oraz zaostrzonych kłów. Decydujesz się na serię "Gone", ale gdzieś w odmętach umysłu czają się kolejne tomy "Jutra". Niezależnie od Ciebie, podświadomie i często niewytłumaczalnie krzyczą, że te i owe elementy skądś już znasz. Jeśli też zdarza Ci się doświadczać takich momentów, liczę, że zrozumiesz moje porównanie, w którym uznałam początek historii o nastoletnim chłopcu i jego magicznej szkatułce do.. Alicji w Krainie Czarów. Da się? Oczywiście, że się da. Nie przejmujmy się tym, że książki nie mają ze sobą dosłownie nic wspólnego.

Nic poza faktem, że obie należą do grona książek skierowanych dla młodszych odbiorców: dzieci, wczesnych nastolatków (że tak ujmę przedział 11-14 lat). Chociaż, z drugiej strony uciekającego białego królika niejedni włożyliby na półkę z klasykami, przeznaczonymi dla każdego wieku. I właśnie do tego grona pragnę dzisiaj dołączyć pierwszy tom Strażników "Szkatułkę i ważkę".


Historia, która z pewnością przykułaby uwagę większości sięgających po nią nieletnich w sile wieku. I mnie. Patrzę w bibliotece: o, jaki ładny grzbiecik! Odwracam okładkę: o jaki intrygująco wyglądający opisik! Czytam go: O, "łączenie magii z fizyką" - trzeba spróbować! Tym sposobem książka trafiła tymczasowo na moją półkę. A to dopiero początek genialnej przygody, jaką było mi dane doświadczyć z głównym bohaterem: Horacym F. Andrewsem.

A owy chłopak ma naprawdę nie po kolei w głowie. Najpierw zupełnie przypadkiem trafia do tajemniczego Domu Odpowiedzi, w którym znajdują się przeróżne, przedziwne przedmioty, później otrzymuje na własność tytułową szkatułkę i sam musi odkryć jakie są jej niecodzienne zdolności. A w końcu poznaję podobną pod pewnym względem do siebie koleżankę: Chloe, by wspólnie móc określić się po jednej ze stron konfliktu dobra - Strażników ze złem - Kesh'kiri (Odszczepieńcami).

Autor nie bawi się z czytelnikiem w tanie sztuczki, tylko wrzuca go z impetem w centrum wydarzeń, które co prawda mają miejsce w naszym świecie, ale wydawały się mi tak nieprawdopodobne, że aż trudne do wyobrażenia, pomimo świetnych, prostych opisów. Można by powiedzieć, że w gratisie do historii otrzymałam porządnie zbudowaną, ogromną bazę teoretyczną, uzupełniającą rzeczywistość o nowy wymiar magii. Wszystkich przerażonych sporą dawką nowych nazw z góry uspokoję: z tyłu czeka na Was słowniczek, który i mnie pomógł w przypomnieniu sobie czym był tygiel, jithandra, czy oraculum oraz pozwoliło utrwalić różnicę między Tanu, Tan'ji i Tan'kindi. Dla chcącego nic trudnego!

Skoro już udało Ci się poczuć smak realiów, w jakich się obracałam, czas na największy atut powieści: przedmioty. Właśnie na nich opiera się przygoda Horacy'ego. Gdy staje się Strażnikiem, dowiaduje się, że nie jest jedyny. Poza nim i jego szkatułką na świecie żyje wielu innych ludzi broniących swego największego skarbu: Tan'ji, czyli rzeczy, która obdarza ową osobę niezwykłym talentem. Może to być np. przenikanie przez przedmioty, unoszenie się w powietrze czy uciszanie zmysłów innych. Albo właśnie obserwowanie przyszłości, czyli talent naszego bohatera (i tak po stu stronach się o tym dowiesz z książki, a sama informacja wydaje się być, moim zdaniem, dość zachęcająca). Nie są to moce nieograniczone, za pomocą których młodzi mogą w pojedynkę zwojować cały świat. Wszystkie wymagają praktyki, ćwiczeń, a i z nimi mają pewne ograniczenia - i tak, np. szkatułka pokazuje wydarzenia jedynie z kolejnego dnia, przyszłych 24 godzin. Ku mojemu zaskoczeniu nie czyni to historii mniej zaskakującej: jakby nie było, dowiadujemy się, co wydarzy się np. w kolejnym rozdziale. Sam fakt, że istnieje możliwość spełnienia takiego scenariusza, ale wystarczy jedna zmiana decyzji i już wszystko się rozsypuje, dodaje losom postaci niepewności, zdecydowanie bardziej zachęcając czytelnika do kontynuowania lektury.

Wiadomo, kto wygrywa pojedynek w konflikcie dobrzy vs. źli. Jednak pod względem siły przebicia przez nietuzinkowy pomysł, skłoniłabym się wyjątkowo ku ciemnej strony mocy: Odszczepieńcom i przewodzącym im doktorowi Jerycho. Nie w stu procentach klarowny opis jego postaci, zbudowanie obrazu tego nie-do-końca-człowieka, widzianego w oczach niektórych jako potwora, zdecydowanie przekonuje mnie i moją wyobraźnię, że może czytającego delikwenta przestraszyć. Przy takiej wyrazistości, spodziewano by się odzewu ze strony pozytywnych bohaterów. A tutaj.. ciut wahania, lekka kicha, ale taka, którą da się przełknąć. Bo niby czuć cięty język Chloe (nowa przyjaciółka Horacego, Strażniczka ważki), niby widać kreowanie mocniejszego charakteru Horacy'ego, niby da się doświadczyć mgiełki osobliwości owiewającej panią Hapsteade i pana Meistera... Ale chciałabym poskreślać przyjemniej część tych "nibów", żebym była  w pełni usatysfakcjonowana. 

W kwestiach technicznych można dojść do drobnej wady, która dla mnie jest, rzecz jasna, ogromną zaletą. (Logiczne i normalne :|). Ilość stron. Dla fanów trylogii, serii Engelfors i Tolkiena dodatkowe 200 stron jest najsłodszym deserem. Ale nie ma co się oszukiwać: wprawiający się, młodziutki odbiorca, dla którego Ted Sanders wykreował bohaterów-rówieśników prawdopodobnie zniechęci się zanim jeszcze przebrnie przez fragment powieści. Ma do tego prawo - sama pamiętam w swoim życiorysie takie czasy! Ratunkiem okaże się jednak podział na 5 obszernych części, pomiędzy którymi krótkie przerwy nie utrudnią kontynuowania wyprawy z Horacym i Chloe.

"Szkatułka i ważka" w prosty sposób świeżym stylem wskoczyła na wysoki poziom powieści fantastyczno-przygodowych dla dzieci i młodzieży. Połączenie magii i nauki, próba zakamuflowania w nich fizyki i rządzących nią zjawisk, pokazuje, że nasz świat jest na tyle intrygujący, że nie potrzeba go znacząco ozdabiać, uzupełniać, aby nadawał się na dobre miejsce akcji. I aby napisać wciągającą historię świetnie czującą się na ponad pięciuset stronach.

Ilość stron: 526
Data wydania: 13 stycznia 2016 r.
Wydawnictwo: Wilga
Cena okładkowa: 34,99 zł
Sposób zdobycia: biblioteka

Więcej zdjęć:

***
A na koniec zachęcam Cię do obejrzenia krótkiego zwiastuna prezentowanej książki, który, według mnie, świetnie oddaje kuriozalny świat "Strażników". 


niedziela, 17 lipca 2016

Danielle L. Jensen - Porwana pieśniarka: amory w głowie, góra.. nad głową

Jedziesz na koniu. Patataj, patataj, patataj. Wiatr delikatnie muska Twoją twarz, drzewa w lesie szumią pod jego dyktando, a pod kopytami słychać nieregularny szelest liści. Nagle zaczyna Cię gonić drugi jeździec. Co robisz? Przyspieszasz. (Najbardziej błyskotliwa odpowiedź na najbardziej błyskotliwe pytanie tej recenzji!). Niestety w końcu ten Cię dogania, zgarnia na swojego konia i wywozi. Pod górę. Nie, nie na, nie w okolicę. Nurkując w rzece wciąga Cię pod potężny, skalny usyp. Gdy docieracie do nieznanego Ci jeszcze celu podróży, przeżywasz szok największy z możliwych. Jesteś w mieście trolli. Zostałaś porwana i sprzedana trollom. Ale nie to jeszcze dziwi Cię najbardziej. Widząc postaci, którym właśnie zostałaś oddana, w głowie przemyka Ci tylko jedna myśl: czy ten kto nazywał owe stwory kiedykolwiek oglądał Harry'ego Pottera?


Tak mniej więcej prezentuje się zarys fabuły odkryty czytelnikom przez wydawców na odwrocie książki. Cecile - ludzka dziewczyna zostaje porwana przez Luca, który połakomił się na legendarne złoto trollów  i sprzedana rozsławionym w ludowych porzekadłach, istotom. Ich zdaniem właśnie nasza bohaterka poddając się magicznemu rytuałowi połączenia z trollowym księciem Tristanem, wybawi cały jego naród z klątwy, rzuconej na nich przez czarownicę. Ów urok uniemożliwia bowiem wyjście trollom poza granicę ich podziemnego miasta, nie wolno im doświadczyć świeżego powietrza, słonecznych promieni i szumu drzew.  Jedynie magia zabezpiecza ich domy przed osunięciem się na nie skał z góry. Zatem cenę ich wolności musi zapłacić młodziutka Cecile.

W tym momencie przedstawię Ci najbardziej nieoczywisty, kreatywny i innowacyjny wniosek, na jaki stać mnie po zagłębieniu się w historię Jensen: ta książka jest TAK inteligentna. Brzmi idiotycznie? Bardzo? Cóż mogę na to poradzić, skoro taka jest prawda! Czytając o knuciu władcy, poddanych, stających po różnych stronach konfliktu, którym zawładnęło całe Trollus, sposobach manewrowania działaniami dla uzyskania różnych celów, naprawdę czułam się tym pochłonięta bez reszty, gdyż samo ogarnianie umysłem wszystkich strategicznych kroków przychodziło mi momentami z lekkim wysiłkiem. Takich książek powinno być więcej, nie leciutkich jak wysuszone piórko kolibra obyczajówek, gdzie największy problem to zapamiętanie pięciu imion bohaterów, różniących się pojedynczymi spółgłoskami! 

Choć zdaję sobie sprawę, że autorka byłaby w stanie rzucić czytelnika na jeszcze głębszą wodę i zasypać go jeszcze większą ilością faktów, intryg politycznych, militarnych, nie robi tego nie bez powodu. Daje swoim odbiorcom możliwość posmakowania, skosztowania jak i z czym się je ten rodzaj fantastyki, tak, by nawet takie niedoświadczone świeżaki jak np. ja mogły poczuć klimat nieograniczonego niczym świata paradoksalnie zamkniętego pod gruzami góry.

A jak sprawa się ma ze wspomnianymi już na wstępie trollami? Wspomniałam, że i pod względem wyglądu, i umiejętności, daleko im do udziwnionych, siejących grozę, potworów, wykreowanych przez Rowling, Tolkiena czy chociażby stanowiących symbol narodowy Norwegii. Nie powiem: zaskoczył mnie fakt, że w zasadzie to zwykli ludzie, co najwyżej wzbogaceni o siłę, odporność na urazy fizyczne oraz szczyptę magii. Ja z kolei liczyłam bardziej na unowocześnioną wersję "Pięknej i Bestii" oraz rodzącą się miłość między piękną dziewczyną, a szkaradnym stworem, a także na stada zielonych ogrów biegających po skalnym miasteczku. Rozczarowana? Odrobinę, ale to jedyny "defekt" "Pieśniarki", jaki mogę Ci objawić. (który swoją drogą wynika z błędnej wizualizacji historii po przeczytaniu opisu, więc i trudno go nawet skrytykować :c).

Wątek romantyczny to z kolei silne emocje, mnóstwo problemów i nieprzesadzony dramatyzm. Część historii poświęcona właśnie relacji porwanej dziewczyny i trollowego księcia częstuje czytelnika kilkoma zwrotami akcji - zawirowaniami serca, kilkoma uroczymi opisami zbliżeń oraz kilkoma naprawdę zabawnymi dialogami wywiązującymi się między parą, które przywodzą na myśl nawet cięte uwagi np. Jace'a i Clary. Jak te poniżej:
- Jestem córką słońca - powiedziałam, a w głowie kłębiły mi się myśli.
- Jesteś bystrzejsza niż mogłoby się wydawać.
- Ale magia nie zadziała. Złączyłeś się ze mną, a klątwa nadal jest w mocy.
- Znów masz rację. Przypomnij mi, żebym wybrał cię do drużyny, kiedy będziemy bawić się w kalambury. Lubię mieć silną drużynę.
(…) – Jakie to błyskotliwe. A skoro już mowa o błyskotliwości, zamierzałaś uciec? – Przyjrzał się mojemu ubraniu. – W szlafroku i na bosaka? Powiedz mi, czy jeśli włożę piżamę i ranne pantofle, będę mógł do ciebie dołączyć, czy to samotna wyprawa?
A nawet jeżeli zdarzały się w mojej głowie słabiutkie niczym wiatr w gorący lipcowy dzionek wątpliwości związane z decyzjami głównej bohaterki podejmowanymi pod wpływem gorącego uczucia, jakim darzyła Tristana, trudno stwierdzić, że rozważania Cecile były przekombinowane bądź po prostu sztuczne. Co poradzić: dziewczyna się zakochała! A, że ludzki umysł poddający się gorącemu uczuciu zaczyna funkcjonować odmiennie od mózgu osoby przeciętnie zrównoważonej.. można bohaterce wybaczyć, prawda? 
"Człowiek zakochany przestaje zwracać uwagę na konwenanse, zachowuje się nieodpowiedzialnie. Ma w nosie to, co pomyśli o nim przełożony w pracy, ważne, co pomyśli wybranek/wybranka. A myślenie o ukochanej osobie daje mu poczucie szczęścia, błogostan porównywalny do narkotycznego transu". ~ doc. Janusz Heitzman z Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie
I wszystko jasne. Tak właśnie kończy człowiek, któremu wpadnie do głowy kilka amorów!

Skoro dotarliśmy już do postaci Cecile... poza miłosnymi uniesieniami, okazuje się, że z nią również jest.. coś nie tak. Że nie mamy tutaj do czynienia ze zwyczajną dziewczyną, co sama odkrywa podczas spaceru po bibliotece w Trollus, znajdując tajemniczy grymuar wiedźmy Anushki. Kończąc akapit w tym niewyjaśnionym momencie, zapowiem, że wprowadzenie takich elementów przez autorkę bardzo mi się podobało i liczę, że w kolejnym tomie, Jensen zafunduje nam jeszcze większą dawkę niezwykłej magii, tajemnic powiązanych z historią trolli.

"Porwana pieśniarka" tak jak głos głównej bohaterki jest barwna, niespotykana, wyjątkowa, a przede wszystkim dźwięcznym tonem przekazująca historię rodem z Narnijskich pieśni. Nieustępliwa walka o władzę, wyrachowani możnowładcy, spiskujący rebelianci z klasy robotniczej, sluagi czyhające w mrocznych korytarzach, a pośród tego wszystkiego delikatna dziewczyna, która zmienia życie w Trollus raz na zawsze. 

Ilość stron:
Wydawnictwo: Galeria Książki
Cena okładkowa: 36,90 zł


sobota, 2 lipca 2016

K.L. Armstrong, M.A. Marr - Wilki Lokiego: alternatywa czy konkurencja dla Percy'ego?

Czy powieść dwóch pań o nazwiskach Armstrong i Marr jest choćby w najmniejszym stopniu podobna do słynnej serii o Percym Jacksonie? Nie mam zielonego pojęcia. Prawdopodobnie z tego względu, iż nie było mi jeszcze dane przeczytać ani jednego tekstu spod pióra Ricka Riordana. Da się? Da się.

Stąd też ta recenzja może zaskoczyć Cię podejściem czytelnika nieobeznanego w tak popularnej cząstce literatury młodzieżowej. Prawdopodobnie będę zachwycać się tym, co dla fanów historii z greckiej mitologii będzie normą, dziwić tym, co dla nich jest już przeżytkiem oraz rozdrabniać przy najoczywistszych aspektach. Mówi się trudno.


W jaki sposób jednak los włożył mi w ręce "Wilki Lokiego", zapytasz. Żadna odpowiedź nie zabrzmi bardziej przyziemnie: podczas mojego pobytu w raju moli książkowych - bibliotece. Pierwsze zawahanie wzbudziło we mnie co prawda wydawnictwo: nie od dzisiaj wiadomo, że Wilga częstuje nas głównie pozycjami dla młodszych czytelników. Na okładce również nie odnajdziesz adnotacji o "zalecanym wieku odbiorców 15+". W końcu jednak, opis przeważył szalę na korzyść powieści: temat mitologii nordyckiej wydał mi się wystarczająco nietuzinkowy, by przegrać potyczkę z sumieniem i dorzucić do sterty wypożyczanych tytułów jeszcze ten jeden. (Ale przecież on i tak jest aż nazbyt chudziutki.. c:).

I faktycznie: fantastyczne opowieści przekazywane z pokolenia na pokolenia w północnych rejonach świata stanowią podwaliny historii grupy nastolatków, o których traktuje nasz dzisiejszy obiekt oceny. Co ciekawe, akcja dzieje się w Blackwell - małym miasteczku Dakoty Południowej (czyli w wcale nie tak mroźnych i klimatycznych Stanach Zjednoczonych :c). Niestety, musiałam przełknąć to drobne rozczarowanie. Autorki przekonują jednak faktem, że większość mieszkańców to potomkowie nordyckich bóstw: i tak mamy np. głównego bohatera: Matta Thorsena - współczesnego odpowiednika Thora (ten od młota :|) bądź jego wrogo-koleżkę Fena z rolą tytułowego Lokiego, posiadającego iście wilcze umiejętności. Oczywiście, gdzie dwóch się bije tam musi być też trzecia: Laurie, perełka ze znajomością jeszcze innych magicznych sztuczek, która (jak to bywa w towarzystwie płci brzydszej :|) nie raz musi ratować kompanów z opresji. Nastolatkowie stawiają czoła wyzwaniu zebrania drużyny rówieśników o równie nadnaturalnych zdolnościach - to one pozwolą im na powstrzymanie końca świata - Ragnarok, czyhającego tuż za rogiem. Ot, takie codzienne problemy.

Przede wszystkim, warto zauważyć genialność pomysłu wykorzystania starożytnych historii w kreowaniu własnego tekstu, ponadto korzystnie działającego dla obu stron: pisarz - czytelnik. Argumenty?
Autor nie musi napracować się nad tworzeniem własnych koncepcji świata przedstawionego, wymyślać cudów, w które i tak niewielu odbiorców daje radę uwierzyć bądź przynajmniej je sobie wyobrazić. Nie trudzi się w kombinatoryce nazw nie z tej planety, łącząc na wszystkie strony sylaby nie do przejścia w normalnym języku. 
Czytelnik nie zaprząta sobie głowy naciąganymi faktami, o których z góry wiadomo, że nie mają nic wspólnego z prawdą. Pamięć wypełnia mu się za to wiedzą prawie jak na lekcji historii: hasłami rzeczywiście pojawiającymi się na przełomie tysiącleci. Z tą różnicą, że zostały wcześniej upakowane w zgrabną, przystępną formę i podawane molowi w przyswajalnych dawkach. (Prawie jak Rutinoscorbin ^^).

Książka podświadomie z poziomu totalnego ignoranta na polu mitologii zrobiła ze mnie przeciętnie doinformowanego i chociaż, rzecz jasna, nie miałam tego w zamiarze: podczas lektury.. nauczyłam się czegoś nowego. Tak! Przeczytaj sam, a nie będziesz mieć problemu z rozpoznawaniem podstawowych postaci ze skandynawskich baśni takich jak Norny, walkirie, Thor, Loki, Balder, Odyn czy wąż Midgardu. Nic Ci to teraz nie mówi? A widzisz: za 268 stron będziesz znawcą właścicieli owych nazw.

Choć trudno nie wyczuć, że w istocie książka znajdzie większe grono miłośników na poziomie czwarto-, piątoklasistów aż do gimnazjalistów, styl autorek utrzymany został na naprawdę zadowalającym poziomie. Byłam wręcz zaskoczona, że duet A&M nie poddał tekstu mimowolnie lekkiej.. infantylizacji (ale się zdziwiłam, gdy korekta nie podkreśliła mi tego na czerwono - NEWS DNIA: istnieje słowo "infantylizacja"!). Rozumiem przez to wykorzystywanie licznych synonimów wyrazu "powiedział" tj. "mruknął","odparł", "westchnął" oraz opisy sytuacji zbudowane z co najmniej kilku zdań złożonych. Nawet jeśli nie czytamy książek od deski do deski, przyjemnie jest móc skonstruować w głowie obrazy z aktualnej sytuacji bohaterów. Zwłaszcza, gdy walczą oni z trollami, kradną tarczę z obozu wilków lub szukają na cmentarzu niezbędnych do powiedzenia planu, bliźniaków.

"Wilki Lokiego" uznaj za najlepszy gatunek z rodzaju zjadaczy czasu: pochłonie go w całości, a jednocześnie w mądry sposób zabawi jego właściciela, ucząc kilku niecodziennych treści - przydatnych, dajmy na to, podczas prowadzenia kreatywnej konwersacji. (Trzaśniesz ciekawostkę o młocie Thora i obiekt westchnień jest Twój! :|). Nawet jeżeli niekoniecznie wiążę swoją czytelniczą przyszłość z kolejnymi tomami "Kronik Blackwell" (chyba, że znajdę je w bibliotece, a nie będę miała nic bardziej naglącego do zwertowania), cieszę się, że weszłam jednym butem w opowieści sprzed wieków z nutą mroźnego klimatu, współczesną otoczką i ponadczasowymi wartościami.


Ilość stron: 270
Wydawnictwo: Wilga
Cena okładkowa: 34,99zł
Cena zakupu: --


piątek, 13 maja 2016

Kai Meyer - Przebudzenie Arkadii, czyli ile można wrzucić do jednej książki

Myśląc o mafijnych historiach, aż trudno nie przypomnieć sobie tytułu "Ojca chrzestnego". To tak jakby mówiąc o Wielkanocy, nie wspomnieć o pisankach bądź będąc w Paryżu, nie widzieć Wieży Eiffla. Praktycznie niemożliwe. 


Książka, którą chciałabym Ci dzisiaj przedstawić, potrafiłaby zaintrygować każdego - tyle różnych motywów wykorzystuje, tylu wątków się chwyta. Dla miłośników mitologii, niemiecki autor wprowadza czytelnika w krąg opowieści prosto z basenu Morza Śródziemnego za sprawą arkadyjskiej legendy o magicznych zwierzętach. A właśnie! Jeśli łakniesz elementów fantastycznych, również dostaniesz je jak na tacy: przemiany w pantery, węże, dziki i lwy na Sycylii Kaia są wpisane w dobowy rytm życia. W międzyczasie zapoznasz się z jedną bajką Ezopa, zawikłasz w polityczne intrygi dwóch mafijnych rodów oraz wciągniesz w zagadkę kryminalną prowadzącą do odkrycia przyczyny nadnaturalnych zjawisk na włoskiej wyspie. Gotów na taką przygodę życia?

Wcześniej jednak poznasz Rosę Alcantarę - zbuntowaną nastolatkę, która za sprawą namowy siostry Zoe i ciotki Florindy opuszcza nowojorski zgiełk na rzecz ciepłych fal Sycylii. W drodze do tej pozornej krainy wiecznego szczęścia, poznaje Alessandra Carvenare (nawet jeśli powieść sięgałaby dna, te piękne, dźwięczne nazwiska wyciągają ją na powierzchnię!), jak się okazuje: swojego Romea z rodu adwersarzy.  I o ile z tym problemem dałaby sobie jeszcze radę (w dobie XXI wieku nietrudno chyba zorganizować potajemną schadzkę w dżungli - bohaterowie Szekspira mieli gorzej, nie sądzisz? :|), niełatwo przyjąć jest do wiadomości, że jej adorator pochodzi z klanu, którego członkowie przyjmują w przypływie silnych emocji, postacie dzikich kotów, a z kolei w jej włoskiej rodzinie płynie krew.. innego zwierzęcia. Dodatkowo, na młodych czyha współpracownik ojca chłopaka, pragnący władzy i uznania w rodzie - mając na sumieniu już dwa życia, kolejne nie stanowią dla niego żadnego problemu. Na jak głęboki ogień rzuciła się Rosa podejmując decyzję o wakacjach w południowej Europie?

Z tą książką miałam nie lada problem. Nigdy bowiem do tej pory, nie zdarzyło mi się, abym nie potrafiła dokończyć lektury. Przeważnie, nawet gdy pozycja zwyczajnie mnie męczyła, starałam się dotrwać do jej końca - ot tak, dla przyzwoitości, licząc na gwóźdź programu tkwiący na ostatnich stronach. W przypadku "Przebudzenia Arkadii", nie wiem czy była to kwestia mnóstwa nieprzeczytanych tytułów piętrzących się na półce, które wręcz krzyczą do mnie każdego poranka z prośbą o sięgnięcie po nie (nie to żebym słyszała krzyczące książki :|). Czy może po prostu zbyt wielkie oczekiwania odnośnie powieści pękły po zwyczajnym, nieco opornym początku. Planowałam odłożyć: odłożyłam, ale i tak przed oddaniem pozycji do biblioteki, spięłam się i dokończyłam. Czego nie potrafię żałować.

Jak już wspomniałam, chwilę mi zajęło zanim na dobre wciągnęłam się w wir zdarzeń prezentowanych przez pisarza. Miałam wrażenie, że tak jak czytelnik wdraża się w nowo rozpoczętą lekturę, tak samo Kay powoli, powoli, ale skutecznie rozwijał swój wachlarz umiejętności i pomysłów. Bo i fabuła od wstępu nie prezentuje się powalająco: zbuntowana dziewczyna leci do ciotki, spotyka chłopaka, na lotniku ich drogi się rozchodzą i do następnego, zaskakującego spotkania, Rosa nie ma z nim kontaktu, zajmując się innymi sprawami. Typowy, amerykański wstęp (a autor z Niemiec - ależ ta globalizacja postępuje :o). Akcja zyskuje na oryginalności, gdy zostają wprowadzone elementy niecodzienne dla świata literatury młodzieżowej: legendy o Arkadyjczykach. I nawet jeśli tenże motyw ostatnimi czasy nieco spowszedniał, gdyż coraz więcej autorów sięga po takie zwierzęco-ludzkie misz-masze, ten zyskuje swój niepowtarzalny charakter, gdyż zostaje osadzony w przepięknym, śródziemnomorskim krajobrazie oraz wiąże się z mitologią, a więc po części oparty jest na podwalinach historycznych. (A ja lubię historię, zatem pomysł naprawdę udany! ^^).

Nie należysz do grona fanów fantastyki? Nie rezygnuj natychmiast z lektury! Bowiem czekają Cię tu także wydarzenia czysto sensascyjno-kryminalne z mafijnymi zagrywkami w tle. Chociaż dwa, rywalizujące ze sobą rody na pierwszy rzut oka wydają się być podłożem dla patetycznego romansu (znów skłaniam się tu w stronę pana Willa c:), wystarczy przebrnąć przez 1/3 książki, by wiedzieć, że młodzieńcza miłość głównych bohaterów to co najwyżej dodatek: pożądany może nie w każdym momencie, w którym się pojawia, ale na szczęście w tym wypadku, jedynie dodatek. Mafia - samo to słowo brzmi moim zdaniem wystarczająco groźnie, nietypowo, zagadkowo, a jednocześnie intrygująco. A jeśli połączy się ją ze wspomnianymi wcześniej, metamorfozami w drapieżniki.. zwykła gra pomiędzy dobrą, a złą stroną "zawodników" nieźle się rozkręca!

"Przebudzenie Arkadii" na pewno w pierwszej kolejności zapamiętam jako tę słynną powieść, za którą nie mogłam się zabrać i przez którą nie mogłam przebrnąć, o języku nie zawsze idealnie pasującym do moich preferencji. Ale dopiero po lekturze, utwierdziłam się w przekonaniu, że warto skończyć książkę choćby o najgorszym, najbardziej zniechęcającym początku świata, by móc zbudować sobie całokształt obrazu historii, stylu pisarza i pomysłu. Dopiero wtedy jesteśmy w stanie z czystym sercem pochwalić bądź skrytykować jego twórczość. Cieszę się, że w tej chwili mogę uczynić tę pierwszą czynność: polecić Ci pierwszy tom serii Kaya Meyera, licząc, iż tak jak ja, nie będziesz w stanie powrócić z wakacji na magicznej Sycylii z Rosą i Alessandrem. 

7/10

Ilość stron: 448
Wydawnictwo: Media Rodzina
Cena wydawnicza: 
Cena nabycia: --
Seria: Arkadia
Tom: I

Prosto z książki...
- Moje miejsce przy oknie, więc i moja żaluzja.
- Co za bzdura. Przecież okno nie należy do Pani miejsca.
- A chmury do pana programu rozrywkowego.
- To śmieszne! - odparł mężczyzna, nie patrząc Rosie w twarz. (...) - Dopiero będzie śmiesznie - powiedziała Rosa uspokajająco. - Bez obaw.


***
Czytaliście? Zastanawialiście się nad kupnem? Znacie?
Lubicie opowieści mitologiczne? Znacie inne powieści z motywem przemiany w zwierzęta? Piszcie! :)

wtorek, 9 lutego 2016

C.J. Daugherty - Wybrani

Liczba stron: 435
Wydawnictwo: Moondrive
Cena wydawnicza: 34,90 zł
Cena nabycia: ---
Seria: Wybrani
Tom: I



O czym książka?
O szkole. Cóż za zabawna ironia losu! Wstajesz rano żeby pójść do szkoły. Siedzisz w niej od 8 do 18, wracasz do domu i co robisz? Czytasz o szkole! A co zabawne, ta, która stanowi miejsce akcji powieści "Wybrani" przykuwa myśli znacznie lepiej niż wiele fantastycznych światów oraz krain! Chyba zaczynam balansować na granicy normalności..
I to samo można odnieść do głównej bohaterki tekstu Daugherty. Nastoletnia Allie z dnia na dzień trafia do tajemniczej placówki z internatem, o której do tej pory nie pojawiła się ani jedna wzmianka w Google. Podejrzane, prawda? Niestety, nawet nie ma, jak się nad tym głębiej zastanowić, skoro na terenie całego ośrodka panuje bezwzględny zakaz korzystania z urządzeń elektronicznych. Dziewczyna po kolejnej "akcji" buntowniczej w starej szkole, zostaje zgarnięta przez policję. Tym razem jednak rodzice postanawiają podjąć konkretne kroki wychowawcze: z pomocą przychodzi im właśnie Akademia Cimmeria. Bohaterce wydaje się, jakby została wyjęta i umieszczona w zupełnie odmiennym świecie. Mundurki? Historyczny gmach? Drewniana kaplica wewnątrz pobliskiego lasu? Nocna Szkoła, spotykająca się w nocy na zamkniętym dla uczniów piętrze? Co za dużo to nie zdrowo. W związku z tym, Allie postanawia, według zasady: po nitce do kłębka, zrozumieć, na czym polega każdy sekret jej nowej szkoły. Gorzej, gdy sama wplącze się w rozplątywaną włóczkę..

Wygląd:
Bardzo chciałam przeczytać tę książkę, chociaż długo nie mogłam się zebrać do jej zakupu. Dopiero, gdy ją otrzymałam, zdałam sobie sprawę, co zniechęcało mnie do nabycia "Wybranych". Wystarczy spojrzeć na okładkę. Dlaczego? Pytam się DLACZEGO? Dlaczego Bartłomiej Podkowa odpowiedzialny za jej projekt zdecydował się na.. coś takiego? Czym się kierował? I co robi na ilustracji ta dziewczyna-czajka? Bądź dopasowując lepiej gatunek: dziewczyna-koronnik szary? (Na dole znajdują się zdjęcia owych fruwających istotek ^^). Panowie w tle prezentują się nieco lepiej, chociaż i tak postaciom z okładek powinno się mówić kategoryczne "nie".
Z kolei sam tytuł, gmach akademii oraz znajdujący się na tylnej okładce biało-czerwony opis fabuły prosto, elegancko dopasowują się do motywu powieści. Co ciekawe, nie zostajemy zasypani licznymi patronatami i rekomendacjami, co chociaż czasem świadczy dobrze książce, nie zawsze stanowi wyznacznik dobrej lektury. Ale skoro w związku z wydaniem "Wybranych" przeprowadzono dosyć głośną kampanię reklamową, w którą zaangażowała się nawet Ewelina Lisowska.. loga kilku portali nie byłyby raczej konieczne. 
Koronnik szary                                                                               Czajka

Koncepcja:
Pierwsze, co przyszło mi do głowy po zakończeniu lektury powieści to zaskoczenie, że ciągłe przebywanie w szkole może być tak ciekawe. Przeważnie szkoła kojarzy się z rutyną, nudą, ciągnącymi się w nieskończoność, lekcjami. A gdy dokładnie śledzi się ciąg wydarzeń, łatwo dojść do wniosku, że bohaterowie prawie przez cały czas przebywają na terenie Cimmerii. Życie tam staje się wręcz niebezpieczne i już od pierwszych dni pobytu Allie intryguje ją tajemnicami, mnóstwem niewiadomych. Tam mogłabym się uczyć!
Motyw szkoły. To element, który chcąc lub nie chcąc, bez ustanku przeplata się ze wszystkimi wątkami. Wyraźnie zatem widać, że Daugherty ustanowiła szkołę jako trzon powieści. Nie wiem, jak wygląda sytuacja w kolejnych tomach: czy bohaterowie zaczną podróżować, a wydarzenia rozgrywać w innych krajobrazach, ale ten tom kręci się właśnie wokół Cimmerii. I chociaż na rynek wypuszczono już nie jedną serię trzymającą się podobnych scenerii: poczynając od słynnego "Harry'ego Pottera" przez "Akademię wampirów" bądź "Akademię Canterwood" aż do "Akademii Pana Kleksa" (ależ tęsknię za TAKIMI lekturami :C), "Wybrani" wprowadzają elementy nowości, sprawiające, że sięgając po tę książkę, nie dostąpimy zbyt licznych powielań z tekstów innych autorów.
Za trafione, uważam również motto powieści: "Gdy wszyscy wokół kłamią, komu zaufasz?", które ma widoczny oddźwięk na kartach rozdziałów. Podczas historii, poznajemy mnóstwo uczniów, przyjaznych, jak i wrogo nastawionych do Allie, natomiast nie ma się co do tych "łatek" przywiązywać. Niejednokrotnie zostajemy zaskoczeni prawdziwymi intencjami ludzi otaczających nastolatkę: bliscy znajomi okazują się nie mieć szczerych intencji, a postaci oceniane przez narratorkę za chłodne bądź fałszywe, nagle zyskują w jej oczach. Odpowiadając więc na pytanie z cytatu: Nikomu. Nikomu nie można ufać. (Co najwyżej pluszowemu misiowi - on nigdy Cię nie zawiedzie :|). 

Bohaterowie:
Jak to bywa w powieściach młodzieżowych, główna bohaterka miewa wzloty i upadki. W fabule, ale również w oczach czytelnika. Allie z pewnością nie należy do najbardziej wyrazistych postaci w historii literatury. Co nie zmienia faktu, iż przyjemnie czytało mi się o losach bohaterów widzianych jej oczami. Ponadto, dziewczynie udaje się w miarę utrzymywać pion: nie dramatyzuje, nie żali się nad sobą.. przeważnie. A pojedyncze wyjątki od reguły byłam w stanie przełknąć.
Mieszane uczucia mam z kolei do dwójki adoratorów, bez ustanku kręcących się przy nastolatce. Przede wszystkim, zaczęłam się na poważnie zastanawiać, dlaczego nowe dziewczyny w szkole znajdują takie powodzenie wśród męskiej społeczności? W czymże wydają się one być lepsze, ciekawsze od dłużej znanych koleżanek? Jestem zdecydowanie przeciwna takiemu obrotowi spraw jako modelowi przedmiotowego traktowania kobiet. (Rośnie mała feministka :| :D). 
Wracając do Cartera i Sylviana (imię jak dla świnki morskiej o:), ani jeden, ani drugi nie wywarł na mnie specjalnie głębokich emocji. Raz podpadł Allie francuski amant, a raz tajemniczy typek, raz kręciła się wokół pierwszego, a później, za sprawą pojedynczych wydarzeń, zmiany sytuacji, przechodziła do kolejnego. Co zabawne, w ogóle jej się nie dziwię, gdyż chociaż nie podlega dyskusji, iż autorka wykreowała ich na dwa, przeciwstawne charaktery, obojgu zabrakło iskry, energii,  która sprawiałaby, że czytelnik pragnąłby widzieć konkretnego chłopaka z narratorką. 

Fabuła:
Jak to bywa w tego typu książkach młodzieżowych, akcja rozwija się w tempie, występuje sporo wydarzeń, które przyciągają, wciągają i nie pozwalają czytelnikowi na oderwanie się bez przeczytania kolejnego rozdziału (i kolejnego, i kolejnego.. a potem jeszcze tylko jeden na deser ^^). Co najwyżej, momentami odczułam krótkotrwałe.. znużenie, w przerwach między kolejnymi punktami zwrotnymi, gdy główna bohaterka idzie na śniadanie, obiad czy kolację (kto by pomyślał, że kiedykolwiek uznam posiłki za nudną część dnia O:) bądź zbiera się do snu. Oczywiście rozumiem, że są to standardowe elementy, o których wypada wspomnieć, ale jeśli już chciałabym mieć jakieś uwagi, to tutaj odnalazłam niewielkie pole do popisu w roli krytyka literackiego.
Opisuję książkę, przedstawiam pod kątem różnych wątków.. a o czym ona właściwie jest? Nie wiem, jak wygląda to w Waszym przypadku, ale, gdy w pierwszym momencie ujrzałam okładkę "Wybranych", wzięłam ich za powieść z elementami fantastycznymi. Jakież było moje zdumienie, gdy okazało się, że przez ponad czterysta stron nie przewija się żaden wilkołak, wampir, człowiek-ćma, Piotruś Pan bądź zmutowany mamut. Zero magii, czarów, zaklęć, uroków, błyszczenia na słońcu. Dopiero po jakimś czasie, zdałam sobie sprawę, że moje insynuacje na temat fantastyki w tekście Daugherty nie były do końca nieprawdziwe. Wszystko za sprawą aury sekretów i tajemnic, którą przesycono dosłownie każdą kartkę. W połączeniu z kilkoma, trudnymi do wyjaśnienia dla Allie wydarzeniami, spodziewałam się, że zaraz pojawi się klan zmiennokształtnych bądź nocnych łowców. Jak to jednak bywa, nigdy nie wiadomo, co skrywa sekret. I dopiero, gdy pod koniec tomu część niewiadomych znika, coś co uważaliśmy za prawdopodobne staje się absurdalne. 

Do końca..
Nie chcę powtarzać kilka razy tego samego, zatem pozwolicie, że podsumuję recenzję krótko i zwięźle. 
Niewątpliwie w księgarniach znajdzie się spory stosik książek, które tematyką można by porównywać do "Wybranych". Ale niezależnie od tego, co mi się w tym tomie podobało, a co chętnie bym poprawiła (a przynajmniej zleciła komuś przeprowadzenie poprawek - mój wkład raczej nie pomógłby książce :D), sądzę, że dałby on radę się obronić, gdyż jest w stanie przyciągnąć do siebie nie tylko zakochanych w literach moli, ale również osoby mniej czytające, rozpoczynające dopiero swoja przygodę ze światem literatury, które obawiają się nudnych opisów bądź niekończących się monologów.  Za sprawą prostego języka, za sprawą ciekawego wątku kryminalnego oraz dzięki stopniowo wzrastającemu napięciu. Bo braku tych elementów na pewno nie można zarzucić powieści Daugherty.

Więcej zdjęć:



Prosto z książki:
"- Czy jaśnie pani życzy sobie towarzystwa? - zapytał, gdy się do niego zbliżyła.
- Jaśnie pani mogłaby zabić za kanapkę z bekonem - poinformowała.
- Wielce to jaśniepańskie z pani strony.
Uśmiechając się, weszli do jadalni."
"- Wyobraź sobie, że jesteśmy gdzieś indziej. W jakimś naprawdę pięknym miejscu. Może na plaży. Otacza nas biały piasek, a woda jest idealnie niebieska."
"Tam - pokazała - tuż za granicą lasu, znajduje się altanka. Czasami urządzamy w niej pikniki.
- A co jest dalej w lesie?
Jo spojrzała na nią kpiąco.
- Drzewa?" (str. 76)
"Zagrabione przez nią liście za nic nie chciały się ułożyć w zgrabny stosik, a połowę trawy gubiła, zanim doniosła ją na kupkę.
- Jesteś w tym naprawdę świetna - podsumował złośliwie Carter." (str. 93)
"- Ale chodziło mi raczej o to, co tak właściwie robisz w Cimmerii. Rzadko ktoś do nas dołącza w połowie letniego semestru.
[...]
- Zostałam aresztowana - wyjaśniła, patrząc mu prosto w oczy.
- I co z tego?
- Trzy razy.
-Aha...
- W ciągu jednego roku.
Z jego ust wydobył się cichy gwizd.
- Nieźle. Ale Cimmeria to nie poprawczak, nie przyjmujemy tutaj więźniów." (str. 63)
-  Co się właściwie stało, Carter? - zapytała, gdy tylko oddalili się od pozostałych. - Dlaczego wszyscy nagle zachowują się jak ninja? To jakiś obłęd.
- Nic się nie stało - odparł. Zwykły nieszczęśliwy wypadek. Zdarza się.
- Zdarza się? - w jej głosie brzmiało niedowierzanie. - Wypadek w środku lasu, w czasie burzy z piorunami, w wyniku którego połowa uczniów wykrwawia się prawie na śmierć, a ty mówisz "zdarza się"?
Krew ściekająca mu po policzku sprawiała, że jego spojrzenie było jeszcze bardziej mordercze.
- Powiedział ci już ktoś kiedyś, że masz skłonność do potwornej przesady?" (str. 124)

wtorek, 19 stycznia 2016

Erika Johansen - Królowa Tearlingu

Liczba stron: 489
Wydawnictwo: Galeria Książki
Cena wydawnicza: 39,90zł
Cena nabycia: 23,60zł (Empik)


O czym książka?
Fantastyka w najczystszej, średniowiecznej postaci. Uwielbiam powieści osadzone w takich klimatach, głównie ze względu na fakt, iż dalej im do naszych czasów, mają w sobie więcej magii i tajemnicy niż dystopijne dystrykty, podziały na klasy, cyfry bądź kolory oraz tyrańskie rządy złego przywódcy. I nawet jeżeli faktycznie zawierają elementy fantastyczne, nieprawdopodobne zdarzenia, to w pewnym stopniu te kilkaset lat temu mogłyby stać się nawet.. reportażami? Bądź przynajmniej tekstami z gatunku literatury faktu. Średniowiecznej literatury faktu. Chyba dlatego sięgam po nie tak często.
Kelsea od kilkunastu lat zamieszkuje z przybranymi rodzicami Carlin oraz Bartym niewielką chatkę w lesie. Nikt nie wie, że to właśnie tam ukrywa się następczyni tronu Terlingu - zbyt ryzykowną byłaby ta informacja. W końcu, po ukończeniu przez dziewczynę 19 roku życia, do domu przybywają królewscy żołnierze, aby odeskortować ją do pałacu - miejsca, z którego rozpocznie swoje rządy, wypierając wuja-regenta. Niestety, sytuacja, która napawa ją wieloma obawami, staje się jeszcze bardziej skomplikowana, gdy okazuje się, że królestwo zostało całkowicie podporządkowane Czerwonej Królowej, władczyni sąsiedniego Mortsmene. Kelsea, pragnąca przede wszystkim poprawy życia społeczeństwa, decyduje się podjąć radykalne kroki, które postawią relacje obu krain na ostrzu.. miecza. 

Wygląd:
Dlaczego wszystkie książki nie są wydawane w ten sposób? Przepiękna okładka ze złotymi zdobieniami oraz ilustracją utrzymaną w odcieniach brązu, świetnie dopasowany do treści i grafiki tył z zachęcającym do lektury, dobrze wprowadzającym w akcję opisem, dokładnie dopracowane wizualnie wnętrze. Gdyby na rynku istniały tylko takie, porządne wydania, świat byłby lepszy.. (:D). Ponadto zakochałam się w tym lekko zagiętym w łuk, grzbiecie, który poza jednym, karygodnym defektem (Rozumiem logo wydawnictwa i tak dalej.. ale czy nie mogli jakoś go wkomponować w tło? Nie, damy biało-czerwone, chociaż żaden element na okładce w takich barwach się nie utrzymuje :C), prezentuje się na półce niczym.. sikorka wśród gołębi. (Nie uwłaczając przy tym szarym przyjaciołom z parków ^^). Aż trudno się zdecydować czy ustawić ją w biblioteczce z profilu czy może lepiej an face.
To co jest na zewnątrz wszyscy widzą, zatem dopowiem kilka słów na temat wnętrza pozycji. A co zawiera wydanie w środku? Poza literami oczywiście, znajdziemy tam ukochane, pożółcane strony o idealnej dla mnie grubości, iście królewskie ozdobniki przy numerach stron, przepiękną, złotą ilustrację na wklejce przedstawiającą dryfujące na morzu okręty, a także rozdziały rozpoczynane  tytułem w eleganckiej czcionce oraz fragmentem tekstu z tearlińskich ksiąg. Istny manuskrypt!

Koncepcja:
Wbrew pozorom, na pierwszy rzut oka, autorka nie częstuje nas pomysłem wymyślnym, niespotykanym. Daleko mu jednak także do przekombinowanego czy najzwyczajniej w świecie nudnego. Erika podjęła się bowiem napisania książki o władzy: jej zdobywaniu, próbach utrzymania, jak również działań na tym polu. A zdaję sobie sprawę, że jest to na tyle szeroki wątek, dający mnóstwo możliwości, że o ile zostanie właściwie i ciekawie rozbudowany, nikt nie ma prawa zgłaszać sprzeciwu.
Amerykańska pisarka jak najbardziej podołała postawionej sobie poprzeczce, dzięki czemu "Królowa Tearlingu" stanowi tak świetny kawałek fantastyki. I szczerze powiedziawszy, taki, z którym wcześniej nie przyszło mi się spotkać. A to nie może źle wróżyć.
Powieść pisana jest w całości w narracji trzecioosobowej, a wydarzenia czytelnik obserwuje z perspektywy nie tylko głównej bohaterki, ale również postaci, które miały z królową styczność wręcz minimalną: strażnikiem wrót czy nawet głównego adwersarza dziewczyny: Czerwonej Królowej. Chociaż momentami odbiera nam to zaskoczenie z obrotu spraw bądź pomniejsza zakres tajemnic, którymi moglibyśmy dysponować, z drugiej strony zostajemy obdarzeni znacznie szerszą perspektywą, dzięki czemu okazuje się np., że czarny charakter wcale nie jest taki, jakie zdanie o nim ma większość bohaterów czy chociażby mamy szansę dowiedzieć się, jak postrzegają młodą królową Tearlingu zwykli, prości ludzie, mieszkańcy królestwa.

Bohaterowie:
Aspekt, który ewentualnie udałoby się uznać za wadę to mnogość bohaterów. W tekście występuje ich co najmniej kilkunastu - i mowa tu o tych, którzy odgrywają w historii całkiem znaczącą rolę, wypowiadają się przynajmniej raz na kilkanaście stron. Uwłaczało to mojej pamięci, która lata świetności chyba ma jeszcze przed sobą, co powodowało niejednokrotne cofanie się do poprzednich rozdziałów w celu przypasowania imienia do postaci. Największy problem sprawili mi strażnicy królowej, strażnicy wrót, pojawiający się najczęściej w kilkuosobowych grupach. A jeśli dochodzi do tego fakt odmienności każdego imienia.. nie jest łatwo, ale z czasem przestajemy zauważać tę niedogodność i automatycznie wyobrażamy sobie odpowiednich ludzi.
Warto z kolei docenić autorkę za przedstawienie bardzo szeroko pojętej definicji przywódcy. Johansen wplotła bowiem w fabułę przeróżne osobowości, które dysponują w pewnym stopniu władzą, podejmują decyzję dotyczące podległych im ludzi. Kelsea, Czerwona Królowa, regent Thomas - wuj głównej bohaterki, Duch - najznamienitszy z tearlińskich przestępców, Buława - dowódca królewskiej straży, Thorne - pomysłodawca oraz główny nadzorca zsyłek ludzi do Mortsmene. Każdy z nich dzierży w swoich rękach berło, na pozór wyglądające inaczej: różniące się pełniącymi funkcjami, zakresem obowiązków. Tak naprawdę jednak, wszystkie podjęte przez owe postaci decyzje, kroki w w stronę określonych celów, kształtowały z nich niepowtarzalne charaktery panowania, często maskowane przez grę pozorów skutecznie oszukującą przeciwników.
Na koniec, kilka słów chciałabym poświęcić jeszcze głównej bohaterce - Kelsea. Jak na mój gust, dziewczyna idealnie nadaje się do roli, którą przyszykowała dla niej autorka. Młoda królowa, choć nie raz wykazuje się niedoświadczeniem, brakiem pewnych nawyków związanych z jej stanowiskiem, nadrabia braki odwagą, rezolutnością oraz zdecydowanym tonem. Pomimo wątpliwości, które momentami nachodzą jej myśli, Kelsea za wszelką cenę stara się tego nie okazywać na zewnątrz: jest władczynią, zatem musi sprawiać wrażenie pewnej siebie. Ponadto, nie może pozwolić sobie na potknięcia: zbyt wielu wrogów czyha na koronę oraz jej głowę. Nawet jeżeli zdarzają się akapity, świadczące o niej raczej jako o młodej, dojrzewającej dziewczynie, przeżywającej pierwsze zauroczenie, tęskniącej za przybranymi rodzicami, całą resztę stron przepełnia jej silna osobowość.

Fabuła:
Moim zdaniem, to nie jest książka na kilka godzin, jeden dzień. Chociaż nie brakuje jej dynamiki, zwrotów akcji, Erika postawiła na dopracowanie, szczegółowość oraz zrozumiały, ale stosunkowo bogaty język. Elementy te sprawiają, iż każde wydarzenie zostało przedstawione dokładnie, jako przepełnione detalami, które w istotny sposób znajdują zastosowanie w budowaniu świata przedstawionego: bohaterów, miejsc, historii Tearlingu. Dodatkowo, podczas lektury czytelnik często spotka się z zabiegiem ukazania jednej chwili, momentu z perspektywy kilku postaci. Tym sposobem, akcja staje się wielopoziomowa, bardzo często obracając nasze spojrzenie na opowieść o 180 stopni.
Ogółem mówiąc, powieść przedstawia kolejne etapy odzyskiwania władzy przez Kelsea: od momentu wyjechania z chatki Carlin i Barty'ego do stopniowego zaaklimatyzowania się w pałacu, w roli królowej. Można by powiedzieć, że z każdym kolejnym krokiem, stopniem przemierzanym przez dziewczynę, otwierają się nowe wątki, a z każdą podjętą przez nią decyzją, pojawiają się inne dylematy, problemy. Zwrotów akcji nie ma wiele, skupiamy się na procesie  Zatem o ile pomysł historii nie wymagał większych pokładów szarych komórek, o tyle zrealizowanie go, przeniesienie na karty powieści w takiej formie, jakiej podjęła się pisarka, szczerze podziwiam, gdyż musiał wiązać się z nakładem ciężkiej pracy. A przecież za to kochamy autorów najbardziej!
W historii oprócz losów Kelsea, przedstawionych jest także kilka innych wątków, które spodobały mi się mniej aniżeli bardziej. Niekoniecznie przypadł mi do gustu chociażby negatywny stosunek do religii, która w pewnym sensie mogłaby nawiązywać do wiary chrześcijańskiej, aczkolwiek w większym stopniu przypominającą tę ze średniowiecza poprzez ogromną rolę Kościoła: bogatego, posiadającego większą część królewskich dóbr oraz narzucającego wszystkim mieszkańcom swoje panowanie.
 Ponadto, zabrakło mi spontanicznego humoru - zabawnych uwag, słownych utarczek, które, moim zdaniem, idealnie odnalazłyby się w relacjach nastoletniej dziewczyny z grupą strzegących jej żołnierzy, a przede wszystkim na linii Kelsea-Buława. (Tyle ciętych uwag przychodziło mi do głowy! Aż szkoda, że nie zaczęłam ich dopisywać do dialogów w tekście :C).

Do końca..

"Królowa Tearlingu" to świetna porcja fantastyki: klasyczna, acz rozbudowana pod każdym względem,. Czytelnik sięgający po tę lekturę powinien od pierwszych stron wciągnąć się w lekturę i czerpać z niej prawdziwą przyjemność. Chociaż zdarzają się momenty wymagające większego skupienia niż przy popularnych młodzieżówkach, zdecydowanie są warte zachodu, gdyż to przeważnie one zaliczają się do wydarzeń charakterystycznych, które pamięta się dłużej niż dzień po skończeniu książki. Ja jestem jak najbardziej za i nieposkromioną ciekawością zasiądę do drugiego tomu: "Inwazji na Tearling" dostępnego na polskim rynku od 30 marca. I o ile autorka utrzyma poziom stylu oraz fabuły, w nasze ręce wpadnie kolejna perełka: fantastyczna pod każdym względem.

Prosto z książki...
"...stanęła w drzwiach biblioteki Carlin. Wzdłuż wszystkich ścian stały książki - Barty sam zbudował półki z tearlińskiego dębu i podarował je Carlin na gwiazdkę, gdy Kelsea miała cztery lata. Choć były to czasy, z których dziewczyna miała jeszcze niewiele wspomnień, ten dzień pamiętała jasno i wyraźnie: pomagała Carlin układać książki na półkach i nawet zapłakała, gdy kobieta nie pozwoliła jej ustawić ich według kolorów. Minęło wiele lat, lecz Kelsea wciąż kochała książki, uwielbiała patrzeć na nie, poustawiane jedna obok drugiej na swoich miejscach." (str. 16)
"Kelsea uważnie przyjrzała się książkom. Wyglądały dokładnie tak, jak zapamiętała je z biblioteki Carlin. Ktoś nawet zadał sobie trud, by ustawić je alfabetycznie, według nazwisk autorów. Wymieszali beletrystykę z literaturą faktu; Carlin pomstowałaby w niebogłosy." (str. 307).
"Czekają, aż zrobię coś niezwykłego, uświadomiła sobie. Teraz i każdego dnia przez resztę życia.
Ta myśl była przerażająca." (str. 152)
"Duch dał jej kilka pięknych spinek do włosów z ametystami w kształcie motyli. Musiała znowu umyć głowę, ale ze spinkami włosy wyglądały znośnie. Zastanawiała się, czy duch ukradł je prosto z fryzury jakiejś szlachcianki. Uśmiechnął się szerzej w lusterku i wiedziała, że odgadł jej myśli.
- Ale z Ciebie łotr - oznajmiła, zakładając ostatnią spinkę. - Powinnam podnieść nagrodę za twoją głowę.
- Podnieś. Będę jeszcze sławniejszy." (str. 109)
"Ale po co ktoś miałby tworzyć sztuczne wzgórze wewnątrz budynku?
Oczywiście ze względów obronnych, odpowiedziała Carlin. Myśl, Kelsea. Żeby przygotować się na dzień, gdy przyjdą do twierdzy z widłami po twoją głowę." (str. 265)

 Zdjęcia:



Wyzwanie: ABC czytania

*** 
Czytaliście powieść Eriki Johansen? Co niej sądzicie?
I jeszcze nawiązując do nowego elementu postu: Lubicie czytać cytaty z recenzowanej książki?  Podoba Wam się takie urozmaicenie formy? Piszcie! :)


sobota, 5 grudnia 2015

Jennifer Nielsen - Fałszywy książę



O czym książka?
Gra o tron w wersji młodzieżowej, czyli trójka nadzwyczaj podobnych do siebie chłopców i tylko jedna korona, która przypadnie w udziale.. no właśnie, komu? Najbliższemu ideałowi czy może najpokorniejszemu? Nie podlega wątpliwości, iż "Trylogia władzy" Jennnifer Nielsen wokół władzy będzie się toczyć i do jej osiągnięcia dążyć. Pierwszy tom to swoisty misz-masz różnych z możliwych gatunków, co wbrew pozorom na obecnym rynku wydawniczym, nie jest niczym nowym. Nuta fantastyki, trochę przygodówki, powiew historii (spokojnie, tak delikatny, że nawet nie poczujecie :D).
Ogółem mówiąc: na kartach pozycji poznajemy losy młodego chłopaka o imieniu Sage, wychowywanego w sierocińcu, na którego drodze pewnego dnia staje Conner - arystokrata, stały bywalec królewskiego dworu. Czego taki mężczyzna chce od nastoletniego włóczęgi? Najprawdopodobniej tego samego, czego oczekuje od pozostałej trójki chłopców, "odebranych" z innych przytułków w królestwie. Trafiają oni do wytwornej posiadłości, w której staną w szranki w iście królewskim pojedynku. Nie wszystko jednak pójdzie po ich myśli, a kłód pod nogami jak nie ubywało, tak dalej nie ubywa. Ale cóż się dziwić? Każdy chce władzy. Szkoda tylko, iż tron może mieć wyłącznie jednego właściciela.

Wygląd:
Zastanawiam się od dłuższego czasu, ale do tej pory nie potrafię stwierdzić skąd ta słabość do motywów królewskich. Czy to w treści, czy w szacie graficznej, gdziekolwiek pojawi się element związany z koroną bądź książętami, chwytam się książki natychmiast. (Wiedziałam, że od małego byłam powołana do bycia księżniczką :|).
Mówiąc o wyglądzie okładki, trudno mi wyrazić się negatywnie, z powyżej podanych powodów. Jednakże.. no, spodziewałabym się czegoś lepszego. Literki świetne, ornamenciki świetne, tylko ten królewicz trochę nieudany (:C). Pomijam fakt rozbieżności z treścią, gdyż, choć młodych pretendentów do tronu było trzech, niestety żaden nie miał ciemnych włosów. Ba! Ponoć każdy musiał je jeszcze rozjaśniać, by lepiej.. wypełnić swoją rolę. Ponadto, ta nienaturalnie żółta barwa skóry zastanawia mnie, co graficy chcieli w ten sposób wyrazić, do czego nawiązać. Myślę, myślę i nic. Delikwent zdecydowanie do wykasowania. Bądź przynajmniej skreślenia.
Aby nie zniesmaczyć się całkowicie, zalecam odwrócenie książki na drugą stronę, by oczom ukazał się schludny, nieprzeładowany opis fabuły, opatrzony jedynie niewielkim zdobieniem. Można? Można. Moją uwagę przykuły również liczne rekomendacje, które no.. nie powiem, działają na korzyść powieści. Mówię głównie o logach m.in. Witrualnej Polski czy Victora Gimnazjalisty. (Spokojnie, młodsi się nie zgorszą, starsi nie zanudzą, zatem nie tylko przedział 12-15 odłoży zakończoną lekturę z uśmiechem na ustach.)

Koncepcja:
Nie będę kryć, iż bardzo lubię czytać takie książki, pochłaniam je błyskawicznie i umilają mi czas jak żadne inne. Po pierwsze: jest tajemnica. Ba! Żeby to jedna! Można by rzecz - tajemnice ukrywają się na każdej stronie, co rusz odkrywają się przed nami nowe, a gdy nie jest nas w stanie już nic zaskoczyć, dowiadujemy się czegoś jeszcze bardziej zadziwiającego. Dobry zabieg, który doceniam to różnorodność tychże sekretów. Konkretniej: niektórych możemy się spodziewać, innych zdecydowanie nie. (A przynajmniej mój zmysł dedukcji nie był w stanie ich przewidzieć :c). Zapytacie: co przyjemnego w prostych do odgadnięcia zagadkach? Teoretycznie nic. Ale zastanówcie się: gdybyście czytali książkę, w której nie macie żadnego pomysłu, co mogłoby się dalej wydarzyć, która byłaby dla Was totalną niewiadomą, lektura byłaby przyjemniejsza? Jak dla mnie: nie, gdyż potrafiąc przewidzieć przyszłość bohaterów, bardziej się wciągamy w akcję i chętniej im towarzyszymy, bo mamy swój wkład w ich los.

 Aktywny czytelnik to prawdziwy czytelnik. Bierna lektura przynosi znacznie mniej korzyści. ~ Limo
(Śmiało możecie wpisać sobie ten przepiękny cytat do swojego zeszytu z najmądrzejszymi, życiowymi, złotymi myślami :|).

Bohaterowie:
Największą sympatią powinno się przeważnie darzyć głównego bohatera, prawda? Za jego pewność siebie, zdecydowanie.. Czy w takim razie wielkim faux paus z mojej strony będzie, jeżeli stwierdzę, iż ja tego Sage'a po prostu nie polubiłam? Okej, nie polubiłam to za duże słowo, bądź co bądź towarzyszył mi przez całą historię, a więc fragmenciki, które wzbudzały we mnie pozytywne emocje także się zdarzyły. Ale nie zmienia to faktu, że chłopak jak dla mnie.. no, nie dla mnie. Zbyt impulsywny, arogancki. Oczywiście, nic złego w pragnieniu wyrażania siebie, walczenia o swoje, aczkolwiek.. rozsądek momentami również byłby wskazany.
Jeśli miałabym z kolei ocenić pozostałych kandydatów na króla, chyba w dalszym ciągu nie uznałabym żadnego za mojego faworyta. Trudno mi stwierdzić, czy to te blond włosy, których nigdy fanką nie byłam, czy też może ich denerwujące wady, przedstawiające bohaterów jako standardowe stereotypy: Roden - niegrzeszący inteligencją osiłek oraz Tobias - przemądrzały kujon. A najgorzej, że trwają w tych swoich schematach prawie do samego końca.
Optymistyczne przebłyski można natomiast dostrzec w postaciach drugoplanowych takich jak: Mott (pomocnik Connera), Errol (osobisty sługa Sage'a) czy Imogena (służka w Farthenwood). Nie schowano w nich w może mocnych, wyrazistych osobowości, ale sprawiają, iż ta walka o władzę nie jest aż tak ponura, chłodna, jaka byłaby bez ich udziału. Jednym słowem: przyczyniają się do łagodzenia wielu chwil oraz wątków w historii, co wydaje mi się odpowiednim wyważeniem dla negatywnych emocji, grzmiących wręcz w relacjach między pretendentami do korony.  

Fabuła:
Co z tego, że książka to prosta powieść dla młodzieży? Co z tego, że zapewne podobnych znajdziemy na rynku całkiem sporo? Mnie się fabuła podobała, więc z przyjemnością sięgnęłabym po pozycję kiedyś ponownie, jak i po kolejne tomy trylogii w najbliższym czasie. Mamy sporo akcji, sporo dynamiki, która nieustannie podkręca tempo, zarazem mobilizując postaci do działania, stosowania bardziej radykalnych środków, rozwiązań do wyciągnięcia ręki po koronę. Pojawiają się drobne spiski, konszachty i umowy z różnymi mieszkańcami rezydencji Connera. O części wiemy, o części dowiemy się wkrótce: nic nas nie ominie, spodziewać możemy się naprawdę wiele. 
Idąc dalej tym tropem pochwał, warto zwrócić uwagę na odpowiedni podział zwrotów akcji: już od pierwszych stron pojawiają się wydarzenia, które stanowią ważne punkty odniesienia do całej historii. Nie musimy czekać do połowy książki, aż zacznie się cokolwiek rozkręcać,więcej dziać, gdyż autorka nie skąpi nam walk, zdrad, oszustw. A i śmierć czy tortury przez kilka rozdziałów się przewiną. (Oj, lubimy takie klimaty ^^).
Na koniec kilka słów o zakończeniu, które wydaje mi się odpowiednio szybkie, odpowiednio zaskakujące. Rozwiązuje większość tajemnic i niedopowiedzeń, jednocześnie pozostawiając "co nieco" na rozwinięcie akcji w kolejnych tomach trylogii. I nawet, jeśli nie należy do bardzo nieprzewidywalnych, to nie spodziewałam się, że całą, tronową sprawę przeważy jeden, drobny szczegół. Nie ogóły bowiem czynią nas sobą, a detale. Pamiętajcie! (Ileż sentencji w jednej recenzji :|).

Do końca..
Pisanie recenzji kilka tygodni po zakończeniu lektury książki nie jest dobrym pomysłem, czego konsekwencje z pewnością dostrzeżecie w tym poście. Ale cieszę się, że mimo tego, umieściłam w nim sporo elementów, które chciałam, aby się pojawiły, gdyż stanowią istotę "Fałszywego księcia": zdeterminowana walka o władzę, polityczne rozgrywki, sporo tajemnic, ale i przemiana głównego bohatera, który w końcu ukazuje się jako zupełnie inna osoba. Pozostało jednak również sporo aspektów, których nie dałam rady wyciągnąć: głównie dlatego, że nie chciałabym przyszłym czytelnikom "Trylogii władzy" psuć przyjemności z poznawania zawartej w niej historii. A jednocześnie liczę, że zachęcę Was do tego pozostawiając tyle niewiadomych. (Chcę oddziałać na waszą detektywistyczną naturę :D). Czy czujecie się przekonani, ocenicie sami. Lecz jeżeli macie ochotę na naprawdę dobrą przygodę, kilka godzin zupełnie oderwanych od rzeczywistości, powieść Jennifer Nielsen nie powinna Was zawieść.



Liczba stron: 392
Wydawnictwo: Egmont
Cena wydawnicza: 
Cena nabycia: --

Więcej zdjęć: