sobota, 8 sierpnia 2015

Colleen Hoover - Pułapka uczuć

Liczba stron: 282
Wydawnictwo: W.A.B.
Cena wydawnicza: 39,90 zł
Cena nabycia: 9,99 zł (Świat Książki)
Seria: Pułapka uczuć
Tom: I


O czym książka?
No jest to romans. Nic nie poradzę, w 99% procentach jest to romans z dwójką młodych ludzi, miłością i problemami, z którymi muszą się oni borykać w obronie tego uczucia. Ale hola, hola! Nie wszystko stracone, szansa na kawałek całkiem dobrej powieści pozostała. Nie wiem tylko czy to za sprawą tak rozsławionej ostatnimi czasy Colleen Hoover, czyli specjalistki od wypełniania świata miłością czy może dzięki historii, wbrew pozoru zaskakującej i powiewającej nutką świeżości.
Przed nami Layken, w zdrobnieniu Lake - nastolatka jak ich wiele. Dziewczyna przeprowadza się z mamą i młodszym bratem do nowego miasta. Po śmierci ojca, zmuszeni są sprzedać dom, opuścić bliskie im okolice. Szybko jednak przykrość z powodu rozłąki z rodzinnym otoczeniem zostaje wypełniona nowo zawartą znajomością. Z Willem Cooperem, sąsiadem z naprzeciwka, dwudziestoparoletnim, młodym, przystojnym, zakochanym w poezji. Oczywiście między dwojgiem rodzi się uczucie, ich bracia (Will, o dziwo!, również ma młodszego brata) także błyskawicznie się zaprzyjaźniają. Wszystko wydaje się być idealne. Do pierwszego dnia Lake w nowej szkole. Bum! Krach! Koniec tego dobrego.

Wygląd:
Nabywając w księgarni 'Pułapkę uczuć', otrzymujemy zgrabną książeczkę w odcieniach błękitu. Jeśli chodzi o grubość, idealnie dopasowuje się do mojego Limitu Ulubionej Objętości, gdyż ma te swoje 282 strony, trochę literek w środku również. Może nie jestem natomiast zbytnią fanką ludzi na okładce, zwłaszcza tych z fotografii, realistycznych, w tym wypadku, obejmujących się, ale nie przeszkadza mi to AŻ TAK bardzo. Choć gdyby wydawcy postarali się o jakieś pomysłowe grafiki bądź ilustrację byłabym ciutkę bardziej zadowolona. Oczywiście, oczom moim (a raczej opuszkom palców moich :|) nie uszły te bardziej śliskie elementy oprawy, dzięki którym pozycja zyskuje u mnie  na wartości. Warto docenić również prostotę szaty graficznej: żadnych esów floresów, czcionek ze średniowiecznego manuskryptu czy wydziwnionych rameczek bądź znaczków. Biały opis fabuły, delikatny motyw bokeh (to te kółeczka przenikające się nawzajem, taka ze mnie profesjonalistka-fotografka, że wiem jak się nazywają :|) i tyle. Plusik. 
Kończąc akapit dwoma słowami o wnętrzu książki: wygodna czcionka, marginesy w idealnej odległości od krawędzi kartki (nie zajmują połowy strony, jeeej^^). Spodobało mi się także wyróżnianie każdego, kolejnego rozdziału poprzez rozpoczynanie go od nowej strony, po lewej stronie. Taki minimalne ułatwianie czytania, a jednak pomocne.

Koncepcja:
Wydawać, by się mogło, że napisanie romansu to sztuka, którą może posiąść każdy. Wystarczy stworzyć dwójkę bohaterów, zakochać ich w sobie i podrzucić kilka kłód pod nogi. I na tym opiera się spora część powieści z tego gatunku. Coś w tym jest. Miłość, serca i tulące się pary otaczają nas tak naprawdę wszędzie: w piosenkach, filmach, także w książkach. Nie mówiąc o życiu, Facebooku i Walentynkach. Nie potrzeba wybujałej historii, aby stworzyć książkę, kilka westchnień głównej bohaterki, a zaraz widzimy w wyobraźni Adonisa XXI wieku. Jedna czwarta stron zajęta przez głaskanie po policzku, poprawianie kosmyków i obejmowanie w talii wystarczy, aby poruszyć serca co wrażliwszych do wzdychania i płakania nad losem nieszczęśliwych kochanków. Ale czy romans może być TYLKO tym? Jak się okazuje: niekoniecznie. 
Historia przedstawiona w 'Pułapce uczuć' ma w sobie zaledwie cząstkę standardowego schematu. Cała reszta to wyobraźnia autorki, która w naprawdę rzeczywisty i naturalny sposób, a zarazem wyjątkowy, przedstawia właśnie taką opowieść. Losy bohaterów mogłyby bez najmniejszego problemu wydarzyć się w każdym domu: u naszych sąsiadów, w bloku ulicę dalej czy w szeregowcu za miastem. A zarazem sprawiają wrażenie jakby zostały wyrwane z kart baśni. Oczywiście oprawione w klimat współczesności itd., ale z nutą jakby właśnie inności, oryginalności. Najzabawniejszy według mnie pozostaje jednak inny aspekt: forma relacji budująca się między dwójką głównych bohaterów. Tak naprawdę przez większość książki mamy do czynienia z miłością niespełnioną, nieszczęśliwą. Nie ma buziaczków i łapania za kolanko. Da się? Da się. 

Bohaterowie:
Co zaskakujące, wspomnę o tym na początku, gdyż naprawdę warto: bohaterowie nie byli irytujący bądź infantylni! Tak, da się stworzyć takie postaci. Proszę państwa, mamy sukces! Może momentami z ich słów trudno było wciągnąć przezorność czy głęboki rozsądek, ale jak na ten rodzaj powieści: jest dobrze.
Layken, może moją żeńską, literacką faworytką by nie została, ale na pewno do tych ulubionych już mogę ją zaliczyć. Zrównoważona, pozbawiona nie do końca zrozumiałych odruchów bądź zachowań, jak na mój gust: normalna nastolatka. Faktem jest, iż czasem dawały mi się we znaki jej wahania nastrojów, ale, że kobiety mogą sobie na takie pozwolić, nie mam nic do zarzucenia ( :D ). Naprawdę rozumiałam jej postępowanie prawie w zupełności i nie raz dochodziłam do wniosku, iż w jej sytuacji postąpiłabym podobnie. A to chyba świadczy o niej dobrze. (Albo o mnie źle :C)
Will.. no jasne, że skradł moje serce. Tak w 2/3, ale kawałek zajął. Oceniając bohaterów męskich, zależy mi głównie na ich prawdziwości, oczekuję ludzi 'z krwi i kości', zamiast zakochanych ideałów. Przy Cooperze ten punkcik mogę odhaczyć. Choć wiadomo, trudno spotkać taki okaz w naturze, nie sprawiał wrażenia, aby błyszczał na słońcu, a to połowa sukcesu.
Fajnie, że autorka nie wycięła z historii rodziny, pojawiają się młodsi bracia: Kel i Caulder, mama Lake. Nasz punkt obserwacji nie ogranicza się do miłości młodych, ale otrzymujemy nieco szerszą perspektywę, dzięki której powieść nie jest mdła, przesłodzona. Także za sprawą właśnie innych bohaterów nie raz zostaje poruszona dynamika, rozwija się ciąg wydarzeń zmierzający do przykrego, a zarazem szczęśliwego zakończenia. 

Fabuła:
Słodko-gorzka. To pierwsze określenie, jakie zaświtało mi głowie kilka minut po zakończeniu lektury powieści. Do tej pory nawet nie do końca wiedziałam, co to słowo znaczy. Wydaje mi się, że wreszcie odkryłam jego definicję. Bo żaden inny przymiotnik nie określi, moim zdaniem, lepiej fabuły 'Pułapki uczuć'.
Na pewno nie jest to romans, w którym akcja opiera się wyłącznie na bliższych spotkaniach fizycznych tytułowej dwójki. Ze względów czysto logicznych. Ba! Nie wszystko opiera się na tytułowej dwójce. Chociaż historię opowiada Lake w narracji pierwszoosobowej, mamy do czynienia z problemami innymi niż wyłącznie pierwsza miłość takimi jak choroba, niepełne rodziny, dojrzewanie do odpowiedzialności. To sprawia, iż książkę przesycają różnorakie emocje i takie też towarzyszą nam podczas lektury: nie tylko radość, słodycz, zauroczenie, ale także strach, niepewność, rozpacz czy zagubienie. 
W każdym kolejnym rozdziale, akcja rozwija się od nowa, coraz bardziej. Pojawiają się nowe wydarzenia zmieniające los bohaterów, nowe zwroty, krytyczne momenty. Wiadomo. Oczywiście, tekst nie mógłby obyć się także od rozmyślań Lake, jej rozżaleń czy wątpliwości, aczkolwiek dostajemy dawkę w miarę znośną, ja problemów z takowymi rozterkami nie miałam: czytało się całkiem, całkiem i nieźle dokomponowywało do pozostałej części fabuły. 

Do końca..
Czy w takim razie, zbierając w jedno całą powyższą recenzję, warto sięgnąć po Pułapkę uczuć? Spotykałam się z różnorakimi opiniami: jedne, uważały, iż ta powieść Hoover jest trochę, a czasem nawet znacznie gorsza od innych pozycji z jej twórczości. Inne stawiały historię o losach Lake i Willego na równi z 'Hopeless' czy 'Maybe someday'. Ja, w tym wypadku, wypowiedzieć się nie mogę, gdyż 'Pułapka..' to pierwsza książka autorki, którą udało mi się przeczytać. W 100% jestem z niej zadowolona i bez dwóch zdań nakłoniła mnie ona do sięgnięcia po pozostałe tytuły z biblioteczki Colleen. Na pewno ma w sobie to coś wyjątkowego, co wyróżnia ją ze stosu książkowych grzbietów, sprawia, że opowiedziana w niej historia osiada w głowie na dłuższy czas po zakończeniu przygód z bohaterami. I choć jestem w 90% pewna, iż przeciwnikom romansów się nie spodoba, z najprostszego powodu: występowania rozbudowanego wątku romantycznego, warto po nią sięgnąć. Choćby dla odkrycia nowego pomysłu na klasyczny romans. 

Książka bierze udział w konkursie :)



środa, 5 sierpnia 2015

#1 Kieszonkowe recenzje

Cześć wszystkim!

Ostatnio wpadłam na pomysł nowej serii/rodzaju postów. Kieszonkowe recenzje. (Poproszę o brawa za oryginalną nazwę c:). Wiadomo: są wakacje, odpoczynek, luzik. W związku z tym, aby nie zanudzać Was na okrągło z długaśnymi, niekończącymi się czytelniczymi wywodami, postanowiłam niektóre książki uchronić od tego losu. Zamiast tego, w kilku zdaniach opowiem o nich i mojej opinii na ich temat. Kilka zdań. No, kilkanaście. Nie dłużej. Będą to głównie powieści mało znane, wyszperane przeze mnie w bibliotece bądź taniej książce. Natomiast jeżeli zechcecie przeczytać na ich temat dłuższy tekst, wystarczy napisać w komentarzu: postaram się stworzyć i taki post, oddzielny. A tak, żebyście wiedzieli chociaż o istnieniu takowych pozycji: które warto, a których nie warto kupować, szukać, czytać: zapraszam do lektury Kieszonkowych recenzji.

W roku skorpiona - Isabell Pfeiffer

Wydawnictwo: Dreams
Cena okładkowa: 39,90zł
Cena nabycia: --- (biblioteka)
Liczba stron: 304

Historia opowiada o nastoletniej dziewczynce - Eleni, która od chwili narodzin jest uznawana w wiosce za dziecko pechowe, zsyłające nieszczęścia. Jej rodzice nie żyją, jest zmuszona mieszkać z ciotką. Ta chce wydać ją jak najszybciej za mąż: za kowala, co z kolei niezbyt uśmiecha się bohaterce. Ucieka więc z wędrownym kuglarzem Bertrotem. Wspólnie dochodzą do miasta Tikra, gdzie panuje okrutny książe Galeazzo, zwany Skorpionem, gdyż tak jak dziewczyna, urodził się właśnie w roku skorpiona. W skutek różnorakich wydarzeń, których Wam nie zdradzę, by nie zepsuć lektury, Eleni postanawia wykorzystać to podobieństwo do władcy, aby wyzwolić okolice, a także jej przyjaciela spod despotycznych rządów.
Przygodówka, jak dla mnie z subtelną nutką fantastyki. Pierwsza rzecz, która rzuciła mi się w oczy to beznadziejny wstęp. Jest to chyba wada, którą zapamiętam na wieki wieków. Te pierwsze 50 stron ciągnęły się w nieskończoność, po każdym, kolejnym przeczytanym zdaniu miałam ochotę odłożyć książkę, zostawić i oddać z powrotem do biblioteki stanowczo nakazując o wyrzucenie pozycji do kosza. Ostatecznie jednak odważnie zdecydowałam o kontynuowaniu lektury, nie chcąc porzucać ją w środku tekstu - wolałam mieć pełny obraz treści.

Akcja pojawia się.. momentalnie. Co prawda, opisy przyrody bądź odczuć bohaterów to rzadkość. Część zdań wydaje się jednak niepasująca, pisana sztucznie, niełącząca się z treścią i przedstawianymi wydarzeniami. Tak jakby autorka chciała na siłę wcisnąć coś, aby nikt się nie przyczepił, że tego brakuje. Nie, nie mogłam wczuć się w lekturę. Choć z każdą przeczytaną stroną było coraz lepiej, po zakończeniu książki mam nadal mieszane uczucia, czy warto byłoby ją komukolwiek polecić.

W powieści Pfeiffer, podobnie jak w sporym stosiku książek pojawiających się w księgarniach, można wyczuć niewykorzystany potencjał. Jest oryginalny pomysł: bliskowschodni klimat, wędrówki głównych bohaterów, zniewolona Tikra, niewolnicza praca przy wydobyciu soli, tajemnicze podobieństwa nastolatki i księcia, całkiem niezłe zakończenie. A jednak, zabrakło nieco lepszego języka oraz kilku zabiegów językowych, aby ująć te wszystkie elementy w wartą uwagi formę. Mogłabym przyczepić się do jeszcze kilku szczegółów takich jak np. nie do końca zrozumiała dla mnie relację Eleni, 14-letniej dziewczynki i Bertrota, dorosłego mężczyzny, ale to już może mniej istotny aspekt. (Choć wzbudzający we mnie spore zainteresowanie!).

Ogółem mówiąc, wydaje mi się, że można spróbować podejść do tej lektury, ale z góry nie licząc na wiele. Co najwyżej na lekką powieść przygodową, wyłączającą umysł od skomplikowanych procesów myślowych.


Podwodny świat. Mroczny dar - Kat Falls

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Cena okładkowa: 29,90 zł
Ilość stron: 295
Cena nabycia: 3,95 zł (stacjonarna tania książka)
W powieści przenosimy się pod powierzchnię wody, do postapokaliptycznego świata zbudowanego na pozostałościach państwa amerykańskiego i śledzimy losy Taya, urodzonego już po katastrofie zalania większej części Ziemi. Chłopak, który wiąże swoją przyszłość z podwodną farmą rodziców, zostaje wyrwany z tych marzeń, poprzez Gemmę, nadwodniaczkę, czyli dziewczynę mieszkającą na resztce lądowego obszaru. Nastolatka chce odnaleźć starszego brata, by móc razem z nim zamieszkać i wyrwać się spod opieki Wspólnoty. Jednocześnie na podwodną osadę coraz częściej najeżdża banda batniów na czele z tajemniczym Cieniem. Tay chce pomóc nowej koleżance, a zarazem coraz bardziej interesuje się napadami prześladowców, co sprowadzi go w spore niebezpieczeństwo. 
Choć ostatnio pojawia się na rynku całkiem sporo powieści dystopijnych, poruszających tematy zniszczenia, zagłady naszej planety, ta ma w sobie coś co wyróżnia ją z tego książkowego tłumu. Może nie poprzez prosty język, typowy dla literatury młodzieżowej, bardziej przez pomysł, koncepcję łączącą w sobie różne gatunki: fantastykę, przygodówkę, a nawet nutkę kryminału bądź romansu. A właśnie takie mieszanki zyskują sporą popularność, ze względu na szersze grono odbiorców. Mnie najbardziej spodobał się oczywiście wątek detektywistyczny, rozwiązywanie kolejnych zagadek związanych z postacią Cienia, jak również brata Gemmy, prowadzących do naprawdę zaskakującego zakończenia. Może tylko te miłosne podchody i zalążki uczucia budującego się między głównymi bohaterami nieco nie pasowały mi do reszty historii.

Wykreowany świat jest pełen szczegółów i detali, osadzonych głęboko w morskich realiach: pojawia się sporo nazw przedmiotów i miejsc oraz pojęć znajdujących swoje znaczenie pod wodą. Spodobało mi się, iż mogłam wręcz zanurzyć się w powieści, by wraz z bohaterami uczestniczyć w akcji. Jeśli chodzi o bohaterów: niczym szczególnym się nie wyróżniają, wręcz trudno zapamiętać ich imiona, nie mówiąc o zachowaniach czy cechach charakteru, których po prostu brakowało.

Płynąc do końca recenzji, uważam, że czas spędzony przy lekturze 'Podwodnego świata' był czasem udanym. Pozycja idealnie sprawdziła się na wakacyjną sjestę, lekko ochładzając upalny klimat. Treść pochłonęłam bardzo szybko, nie nastawiając się rzecz jasna na literacki fenomen. Ale na typową młodzieżówkę już tak i w tej kategorii książka spełniła moje oczekiwania.


 Więcej zdjęć:

Któraś z książek Was zainteresowała? Podoba Wam się urozmaicenie recenzji w formie takich postów? Piszcie :)

niedziela, 2 sierpnia 2015

Książkowa sztuka TAG

Cześć wszystkim!
Dziś znów TAG, znów mojego autorstwa. Przez pewien czas zastanawiałam się właśnie jaki TAG się jeszcze nie pojawił, a jednocześnie jaka tematyka byłaby dobrym materiałem na niego. I wtedy przypomniałam sobie o mojej ogromnej pasji podziwiania książek, ich oprawy wizualnej. Bo co może prezentować się na półce lepiej od pięknie wydanej pozycji? A jak inaczej można oszpecić nasz pokój jak nie poprzez szkaradne egzemplarze książek? Zapraszam do TAGu Książkowa sztuka!

Najładniejsza okładka pojedynczej książki
Oj, takich to mogłabym wymieniać i wymieniać całkiem sporo i długo.. wydaje mi się jednak, że nic nie pobiło póki co wydania Cyrku Nocy Erin Morgenstern. Czarująca, tajemnicza i zapadająca w pamięć. Nawet pomijając wygląd zewnętrzny, w środku także spotykamy się ze starannym wykonaniem i pięknymi ornamentami i stylem tekstu dopasowującym się do treści powieści.







Najbrzydsza okładka pojedynczej książki
Niestety, i takich znajdzie się kilka. Ale gdybym miała wybierać z tych znajdujących się na mojej półce (a taki mam zwyczaj c:), nagroda za najgorszą okładkę powędrowałaby do Nocnego wędrowca. Dni mroku Jocelynn Drake. Ani ta hm.. różowa dziewczyna, ani ten mężczyzna z miną po zjedzeniu czterech cytryn nie zachęcają do sięgnięcia po powieść. Może to i lepiej, gdyż treść także do najlepszych się nie zalicza.

  

Najładniejsze okładki serii
Wybrać jedną.. sama sobie komplikuję życie. Z dwóch wybrać jedną. A konkretniej z dwóch serii. Obie mają po cztery tomy, obie mogą poszczycić się oryginalną szatą graficzną. Mowa tu o.. Selekcji Kiery Cass, 

jak również Klątwie tygrysa Colleen Houck. Ta pierwsza, z dziewczętami w przepięknych sukniach, wyzwala we mnie tak gorące pragnienie zostania księżniczką, że aż trudno oderwać od nich spojrzenie. Natomiast drugi cykl, o przygodach Rena i Kelsey, urzeka mnie fantastycznymi ilustracjami tygrysów, smoka oraz feniksa oprawionymi indyjskimi zdobieniami. Cuda!

Najbrzydsze okładki serii
Nie chodzi mi w tym wypadku o najbrzydszą okładkę, najgorszej wyglądającą, ale o to, jak wydawcy chcieli łatwo wzbogacić się na książkach. Tak, już mówię o co chodzi.

Dary Anioła Cassandry Clare. Pierwotnie pojawiały się z ilustracjami głównych bohaterów na jasnym tle z ciemnym paskiem po lewej stronie, symbolami runów i tytułem napisanym ozdobną czcionką. I tę wersję zaliczam do jedną z moich ulubionych wydań książkowych. Przy premierze ekranizacji pierwszego tomu pojawiła się nowa okładka, tylko dla Miasta kości, z aktorami. Z kolei chwilę później wydawnictwo postanowiło odświeżyć całą serię wystawiając egzemplarze z jeszcze innym wyglądem. W efekcie, w księgarniach można znaleźć trzy różne 'typy' pierwszej części Darów Anioła. Po co? To nie Pan Tadeusz, który jest co 2-3 lata odświeżany, aby nie zapomniano o polskim klasyku, epopei narodowej. To młodzieżowa powieść o nocnych łowcach. Czuć różnicę, nie?
W związku z tym okładki drugich i trzecich wydań serii Cassandry Clare uważam za najbrzydsze, w pewnym sensie, a przynajmniej za niepotrzebne. Koniec frustracji. Jadę dalej.




Okładka zapadająca w pamięci
Oczywiście, jako mała dziewczynka otrzymywałam mnóstwo książek z bajkami przepięknie wydanych, wzbogaconych o cudowne ilustracje. Ale w sumie największy sentyment mam do jednej serii książeczek. A jest to Klub Tiary Vivian French, czyli historyjki o uczennicach akademii księżniczek.  To króciutkie powiastki dla dzieci, dlatego nie wiem czy komukolwiek z Was przypadłyby do gustu, szybciej młodszemu rodzeństwu, zwłaszcza siostrom. Jeśli chodzi o wygląd, na każdym tomie prezentuje się inna dziewczynka, co, swojego czasu, bardzo mi się podobało i starałam się zebrać całą kolekcję okładek oraz zawartych pod nimi opowiadań. 


Okładka niepasująca do treści
Może nie do końca niepasująca (Limo-poeta :|), ale, jak dla mnie, niewspółgrająca z nastrojem powieści jest okładka Intruza Stephenie Meyer. Ten żółty kawałek twarzy z niebieskim okiem mnie nieco odstręcza, wręcz przeraża. Moim zdaniem nieco bardziej pasowałoby do jakiegoś horroru czy thrilleru o prześladowaniu czy obsesji. (Moje interpretacje zdjęć :|). Nie, po prostu fotografia jest brzydka i nie pasuje mi do treści. Tyle.






Strony: białe czy żółte?
Zdecydowanie i niepodważalnie: żółte. Zwłaszcza te 'drewniane', pachnące lasem i lekko chropowate w dotyku. Czując takie strony, wiem, że trzymam w dłoniach prawdziwą książkę.

Strony: cienkie czy grube?
Co prawda, te cienkie znacznie szybciej ulegają zniszczeniu: podarciu, zagięciu, zdeformowaniu (tak, strona może się zdeformować :|), a grube sprawiają, że książka staje się grubsza, co bardzo lubię. Natomiast, nie wiem dlaczego, podczas samej lektury przyjemniej przewraca mi się strony leciutkie, niczym pergamin. Tak delikatne jak ja. ( :D )

Okładka: twarda czy miękka?
I znów taki sam dylemat. Twarde są trwalsze, lepiej chronią książkę i jej treść przed uszkodzeniami. Natomiast ja w swojej biblioteczce gromadzę głównie pozycje z okładkami miękkimi, a że preferuję na półkach porządek, wolę trzymać się jednego typu. Miękkie.

Najlepsze wydawnictwo (pod względem wyglądu książek)
Jeszcze nie do końca orientuję się we wszystkich wydawnictwach, zwłaszcza jeśli chodzi o połączenie ich z konkretnymi tytułami. Wydaje mi się jednak, że moje serce podbiły ostatnio dwa wydawnictwa. Jaguar za wspomnianą już powyżej serię Kiery Cass, a także bardzo ładnie wydane powieści takie jak np. Blask Amy Kathleen Ryan, Piratikę Tanith Lee bądź Strażników Veridianu Mariane Curley. Natomiast Zielona Sowa, charakteryzująca może nieco bardziej dziecięcym, aczkolwiek także bardziej oryginalnym wyglądem jej pozycji, oczarowała mnie szatą graficzną Wielkiego Błękitu Jennifer Donnelly, a także powieści Marcina Mortki: Domu pod Pękniętym Niebem oraz Drogi pod Pękniętym Niebem. 

Aby kontynuować to napawanie się sztuką, nominuję następujących bloggerów:
KittyAillę z Biblioteczki ciekawych książek
Anię z Piżamy w koty
Aoi Akuma z Bo kocham czytać!
Wongraven z Biblioteczki Blanki
Maniaczkę książek z Z recenzjami i z książkami
Weronikę z Ronie Books
Damiana z damian-czyta
Sarę Gray z Zaczarowanej

Pytania, na które należy odpowiedzieć:
  1. Najładniejsza okładka pojedynczej książki
  2. Najbrzydsza okładka pojedynczej książki
  3. Najładniejsze okładki serii
  4. Najbrzydsze okładki serii
  5. Okładka zapadająca w pamięci
  6. Okładka niepasująca do treści
  7. Strony: białe czy żółte?
  8. Strony: cienkie czy grube?
  9. Okładka: twarda czy miękka?
  10. Najlepsze wydawnictwo (pod względem wyglądu książek)


Oczywiście, zachęcam także tych, których pominęłam (bardzo przepraszam, z chęcią nominowałabym całą blogosferę :C ) do udziału w zabawie, a wręcz nominuję każdego. 
Życzę udanego podziwiania sztuki! :)