sobota, 23 stycznia 2016

Pomiędzy stronami #4: Mój proces twórczy, czyli jak Limo tworzy recenzje

Witajcie!

W przerywniku między recenzjami, które staram się na bieżąco wstawiać na bloga, chciałabym w kilku słowach opowiedzieć Wam, jak właściwie wygląda u mnie pisanie takich postów. Wydaje mi się, że każdy blogger ma na nie swój własny sposób, który czyni jego recenzje zdecydowanie wyjątkowymi. W związku z tym, za pomocą pytań wspierających, postaram się w miarę dokładnie określić, jakie metody wybieram ja, aby móc publikować na blogu takie, a nie inne teksty.


Czy podczas lektury notujesz sobie informacje przydatne do recenzji/zaznaczasz cytaty?
W sumie.. to nie. (Lenia poznasz od razu :D). Zazwyczaj książki czytam przed snem, zatem nie mam dostępu do kartek, długopisu i całej reszty przybornika recenzentki. A jak widać po moich recenzjach: w większej mierze cytatów tam nie doświadczycie.

Recenzję książki piszesz od razu po lekturze czy trochę później? 
Przeważnie wychodzi to "trochę później" - i tu w połowie odzywa się moja natura leniwca, a po części po prostu brak dostępu do komputera stricte po zamknięciu książki. Dodatkowo, tym sposobem mogę sobie poukładać w głowie różne elementy powieści, którą mam zrecenzować, aby określić, co tak naprawdę powinnam napisać, jaką opinię przedstawić.

Gdzie szukasz inspiracji do pisania recenzji?
No.. staram się w książce. (Takiej odpowiedzi na pewno się nie spodziewaliście :|) Ponadto czasem lubię upewnić się jeśli chodzi o informacje dotyczące nazw własnych, imion bądź faktów o autorze, aby tekst był bardziej rozbudowany, po prostu ciekawszy. Chętnie również czytam recenzje innych bloggerów, oglądam filmiki booktuberów, w celu wzbogacenia swojego słownictwa, zrozumienia elementów, zjawisk opisanych w historii, których do tej pory nie udało się mojemu mózgowi poukładać. A później siadam przy pustej stronie nowego postu i tworzę misz-masz całego, zdobytego rozeznania.

Czy przygotowujesz się do pisania recenzji?
Tak, właśnie tak, jak opisałam to w pytaniach powyżej.

Gdzie i kiedy najczęściej piszesz recenzje?
Przy komputerze, wtedy, gdy mam czas. Przeważnie jest to piątek wieczorem bądź inny dzień weekendu, ferii, wakacji, ogólnie wolnego od szkoły. W ciągu tygodnia siąść do recenzji zdarza mi się o wiele rzadziej.

Ile czasu zajmuje Ci napisanie jednej recenzji?
Ojojoj.. spooro. Oczywiście nieco przesadzam, po nocach jednej recenzji nie sklecam, aczkolwiek od 40 minut do 2 godzin (z robieniem zdjęć) potrzebuję. (Cóż poradzić, że niektórzy myślą wolniej :C).

Jaką formę stosujesz przy pisaniu recenzji? Dlaczego właśnie taką?
Ci, którzy przesiadują u mnie na blogu od dłuższego czasu, zapewne zauważyli, że swoje recenzje komponuję w odmienny sposób od tych, które pojawiają się na innych stronach. Skąd pomysł na podział oceny na różne "kategorie"? Wydaje mi się po prostu, że taki układ jest przystępniejszy dla czytelnika: nie musi on bowiem w natłoku tekstu szukać elementów, które go interesują, ale od razu przejdzie do wybranego aspektu recenzji: fabuły, wyglądu bądź charakterystyki bohaterów. Ponadto, tym sposobem, mnie samej z większą łatwością przychodzi dbanie o proporcje recenzji oraz zawarcie wszelkich istotnych aspektów książki. 

Jaki charakter chcesz nadać swoim recenzjom?
Samo nadanie charakteru recenzjom uważam za trudny cel. Pośród tylu, naprawdę dobrych tekstów, publikowanych na innych blogach, trudno jest napisać coś, co zostanie zauważone, wyróżni się i utrwali odwiedzającemu w pamięci. Ja staram się jednak głównie skupiać na lekkim tonie oraz prostocie języka. Te cechy bowiem wydają mi się w recenzji istotne: chciałabym, aby nawet osoby, które nie mają do czynienia z książkami, niekoniecznie przepadają za czytaniem, poczuły się zaciekawione i być może sięgnęły po niektóre z tytułów. Dodatkowo, zależy mi na byciu szczerą oraz w pełni sobą podczas tworzenia postów, a nic nie poradzę, że patos oraz długie, poważne zdania nie idą w parze z moją osobą. 

Na co chętnie zwracasz uwagę przy pisaniu recenzji?
Wydaje mi się, że tym, co różni mnie od części moli książkowych jest zwracanie w swoich ocenach sporej uwagi na wygląd, wizualną oprawę tytułu. Ani śmiem nawet twierdzić, iż to ważniejszy element od treści! Aczkolwiek niewiele osób mi zaprzeczy: jesteśmy wzrokowcami, lubimy postawić na półce, potrzymać w rękach coś ładnego, przyciągającego uwagę.
Ponadto, staram się pisać recenzję skupiając się na moich, własnych przeżyciach. Nietrudno byłoby sklecić kilka zdań, które krążą w internecie jako średnia arytmetyczna wszystkich recenzji. Ale nie tak to powinno wyglądać - MOJE zdanie chcę wyrazić MOIM sposobem i MOIMI słowami. Stąd też momentami skupiam się bardziej na mniej znaczących szczegółach, bawiących mnie detalach, aspektach, które nie odgrywają ważniejszej roli w utworze. Jeżeli nie rozumiem fragmentów tekstu bądź elementów fabuły - napiszę o tym. Jeżeli uznam, że jedno romansidło jest lepsze od drugiego, ponieważ kreuje przystojniejszego bohatera - również nie zawaham się użyć tego argumentu. (Bo jak można pominąć tak istotny argument?! :|)

Czy jesz/słuchasz muzyki podczas pisania recenzji?
Czasem rozpoczynam pisać recenzję, gdy w tle gra radio, aczkolwiek preferuję względny spokój, atmosferę skupienia umożliwiającą dostanie się do głębi mej, książkowej duszy. A co pomoże przy tym lepiej jak kilka gryzów banana bądź kanapki? (:D)

W recenzji umieszczasz zdjęcia swojego autorstwa czy z internetu?
W recenzjach tylko i wyłącznie własne! Tekst jest w stu procentach mój, to z jakiej racji miałabym pobierać fotografie z internetu? Uwielbiam robić zdjęcia, prawie tak bardzo jak czytać, zatem wielką przyjemnością stanowi dla mnie połączenie obu pasji. Rzecz jasna, nie neguję w tym momencie wszystkich, którzy decydują się na opcję pt. Google Grafika. Wiadomo: czas to pieniądz. Albo kolejna przeczytana powieść. 

Czy masz jakieś ograniczenia jeśli chodzi o długość recenzji?
Przy pierwszych postach miałam drobne problemy z długością recenzji: chciałam ustalić sobie granice jej długości, by jednocześnie została przeze mnie odpowiednio dobrze rozwinięta, a zarazem nie nudziła czytelników. Zaglądając do archiwalnych recenzji, dojrzycie, że te sprzed prawie roku wypadają ciut mizerniej przy zestawieniu z obecnymi. Trudno mi ocenić, czy to dobrze czy też nie - tak się wprawiłam w obecną objętość tekstu, że trudno mi skrócić ją choćby o kilka linijek. 

Czy sprawdzasz recenzje po zakończeniu pisania?
Koniecznie! Nie potrafię pojąć, jak ktoś mógłby ukazać swój tekst światu bez wcześniejszej korekty. Jestem zdania, że skoro publikuję post, oddaje go w ręce czytelników, muszę postawić sobie jak najwyższą poprzeczkę, aby tekst był na jak najwyższym poziomie, jak najbliżej ideału, który jestem w stanie osiągnąć. I chociaż prawie nigdy nie mam stuprocentowej satysfakcji z napisanej recenzji, wiem, że głównie poprzez poprawki, kilkakrotne analizy skleconych zdań, poprawiam swoje umiejętności, ćwiczę swój umysł i palce. (^^).

Recenzje piszesz na bieżąco czy może chowasz jakieś "w zapasie"?
Ależ bym chciała mieć taką "spiżarkę" recenzji: gdy nie masz czasu/weny/nastroju, wchodzisz do magazynku, bierzesz z półki świeżutką, zawekowaną w słoiczku recenzję i w przeciągu kilku minut masz opublikowany post! Niestety, na co dzień w mojej spiżarce wieje chłodem (:c)...

Czy przygotowujesz grafik kolejnych recenzji zamieszczanych na blogu?
Nie, zdecydowanie nie. Trudno byłoby mi to czynić, skoro nawet kolejne lektury wybieram dopiero po zakończeniu wcześniejszej. Życie byłoby nudne, gdyby wszystko trzeba było planować! (:D)


Na zakończenie, grafika w postaci mini-poradnika, która podsumowuje cały tekst. 

***

A jakie są Wasze sposoby na recenzje? Na co zwracacie uwagę? Co najbardziej cenicie w tekstach innych? Piszcie! :)

wtorek, 19 stycznia 2016

Erika Johansen - Królowa Tearlingu

Liczba stron: 489
Wydawnictwo: Galeria Książki
Cena wydawnicza: 39,90zł
Cena nabycia: 23,60zł (Empik)


O czym książka?
Fantastyka w najczystszej, średniowiecznej postaci. Uwielbiam powieści osadzone w takich klimatach, głównie ze względu na fakt, iż dalej im do naszych czasów, mają w sobie więcej magii i tajemnicy niż dystopijne dystrykty, podziały na klasy, cyfry bądź kolory oraz tyrańskie rządy złego przywódcy. I nawet jeżeli faktycznie zawierają elementy fantastyczne, nieprawdopodobne zdarzenia, to w pewnym stopniu te kilkaset lat temu mogłyby stać się nawet.. reportażami? Bądź przynajmniej tekstami z gatunku literatury faktu. Średniowiecznej literatury faktu. Chyba dlatego sięgam po nie tak często.
Kelsea od kilkunastu lat zamieszkuje z przybranymi rodzicami Carlin oraz Bartym niewielką chatkę w lesie. Nikt nie wie, że to właśnie tam ukrywa się następczyni tronu Terlingu - zbyt ryzykowną byłaby ta informacja. W końcu, po ukończeniu przez dziewczynę 19 roku życia, do domu przybywają królewscy żołnierze, aby odeskortować ją do pałacu - miejsca, z którego rozpocznie swoje rządy, wypierając wuja-regenta. Niestety, sytuacja, która napawa ją wieloma obawami, staje się jeszcze bardziej skomplikowana, gdy okazuje się, że królestwo zostało całkowicie podporządkowane Czerwonej Królowej, władczyni sąsiedniego Mortsmene. Kelsea, pragnąca przede wszystkim poprawy życia społeczeństwa, decyduje się podjąć radykalne kroki, które postawią relacje obu krain na ostrzu.. miecza. 

Wygląd:
Dlaczego wszystkie książki nie są wydawane w ten sposób? Przepiękna okładka ze złotymi zdobieniami oraz ilustracją utrzymaną w odcieniach brązu, świetnie dopasowany do treści i grafiki tył z zachęcającym do lektury, dobrze wprowadzającym w akcję opisem, dokładnie dopracowane wizualnie wnętrze. Gdyby na rynku istniały tylko takie, porządne wydania, świat byłby lepszy.. (:D). Ponadto zakochałam się w tym lekko zagiętym w łuk, grzbiecie, który poza jednym, karygodnym defektem (Rozumiem logo wydawnictwa i tak dalej.. ale czy nie mogli jakoś go wkomponować w tło? Nie, damy biało-czerwone, chociaż żaden element na okładce w takich barwach się nie utrzymuje :C), prezentuje się na półce niczym.. sikorka wśród gołębi. (Nie uwłaczając przy tym szarym przyjaciołom z parków ^^). Aż trudno się zdecydować czy ustawić ją w biblioteczce z profilu czy może lepiej an face.
To co jest na zewnątrz wszyscy widzą, zatem dopowiem kilka słów na temat wnętrza pozycji. A co zawiera wydanie w środku? Poza literami oczywiście, znajdziemy tam ukochane, pożółcane strony o idealnej dla mnie grubości, iście królewskie ozdobniki przy numerach stron, przepiękną, złotą ilustrację na wklejce przedstawiającą dryfujące na morzu okręty, a także rozdziały rozpoczynane  tytułem w eleganckiej czcionce oraz fragmentem tekstu z tearlińskich ksiąg. Istny manuskrypt!

Koncepcja:
Wbrew pozorom, na pierwszy rzut oka, autorka nie częstuje nas pomysłem wymyślnym, niespotykanym. Daleko mu jednak także do przekombinowanego czy najzwyczajniej w świecie nudnego. Erika podjęła się bowiem napisania książki o władzy: jej zdobywaniu, próbach utrzymania, jak również działań na tym polu. A zdaję sobie sprawę, że jest to na tyle szeroki wątek, dający mnóstwo możliwości, że o ile zostanie właściwie i ciekawie rozbudowany, nikt nie ma prawa zgłaszać sprzeciwu.
Amerykańska pisarka jak najbardziej podołała postawionej sobie poprzeczce, dzięki czemu "Królowa Tearlingu" stanowi tak świetny kawałek fantastyki. I szczerze powiedziawszy, taki, z którym wcześniej nie przyszło mi się spotkać. A to nie może źle wróżyć.
Powieść pisana jest w całości w narracji trzecioosobowej, a wydarzenia czytelnik obserwuje z perspektywy nie tylko głównej bohaterki, ale również postaci, które miały z królową styczność wręcz minimalną: strażnikiem wrót czy nawet głównego adwersarza dziewczyny: Czerwonej Królowej. Chociaż momentami odbiera nam to zaskoczenie z obrotu spraw bądź pomniejsza zakres tajemnic, którymi moglibyśmy dysponować, z drugiej strony zostajemy obdarzeni znacznie szerszą perspektywą, dzięki czemu okazuje się np., że czarny charakter wcale nie jest taki, jakie zdanie o nim ma większość bohaterów czy chociażby mamy szansę dowiedzieć się, jak postrzegają młodą królową Tearlingu zwykli, prości ludzie, mieszkańcy królestwa.

Bohaterowie:
Aspekt, który ewentualnie udałoby się uznać za wadę to mnogość bohaterów. W tekście występuje ich co najmniej kilkunastu - i mowa tu o tych, którzy odgrywają w historii całkiem znaczącą rolę, wypowiadają się przynajmniej raz na kilkanaście stron. Uwłaczało to mojej pamięci, która lata świetności chyba ma jeszcze przed sobą, co powodowało niejednokrotne cofanie się do poprzednich rozdziałów w celu przypasowania imienia do postaci. Największy problem sprawili mi strażnicy królowej, strażnicy wrót, pojawiający się najczęściej w kilkuosobowych grupach. A jeśli dochodzi do tego fakt odmienności każdego imienia.. nie jest łatwo, ale z czasem przestajemy zauważać tę niedogodność i automatycznie wyobrażamy sobie odpowiednich ludzi.
Warto z kolei docenić autorkę za przedstawienie bardzo szeroko pojętej definicji przywódcy. Johansen wplotła bowiem w fabułę przeróżne osobowości, które dysponują w pewnym stopniu władzą, podejmują decyzję dotyczące podległych im ludzi. Kelsea, Czerwona Królowa, regent Thomas - wuj głównej bohaterki, Duch - najznamienitszy z tearlińskich przestępców, Buława - dowódca królewskiej straży, Thorne - pomysłodawca oraz główny nadzorca zsyłek ludzi do Mortsmene. Każdy z nich dzierży w swoich rękach berło, na pozór wyglądające inaczej: różniące się pełniącymi funkcjami, zakresem obowiązków. Tak naprawdę jednak, wszystkie podjęte przez owe postaci decyzje, kroki w w stronę określonych celów, kształtowały z nich niepowtarzalne charaktery panowania, często maskowane przez grę pozorów skutecznie oszukującą przeciwników.
Na koniec, kilka słów chciałabym poświęcić jeszcze głównej bohaterce - Kelsea. Jak na mój gust, dziewczyna idealnie nadaje się do roli, którą przyszykowała dla niej autorka. Młoda królowa, choć nie raz wykazuje się niedoświadczeniem, brakiem pewnych nawyków związanych z jej stanowiskiem, nadrabia braki odwagą, rezolutnością oraz zdecydowanym tonem. Pomimo wątpliwości, które momentami nachodzą jej myśli, Kelsea za wszelką cenę stara się tego nie okazywać na zewnątrz: jest władczynią, zatem musi sprawiać wrażenie pewnej siebie. Ponadto, nie może pozwolić sobie na potknięcia: zbyt wielu wrogów czyha na koronę oraz jej głowę. Nawet jeżeli zdarzają się akapity, świadczące o niej raczej jako o młodej, dojrzewającej dziewczynie, przeżywającej pierwsze zauroczenie, tęskniącej za przybranymi rodzicami, całą resztę stron przepełnia jej silna osobowość.

Fabuła:
Moim zdaniem, to nie jest książka na kilka godzin, jeden dzień. Chociaż nie brakuje jej dynamiki, zwrotów akcji, Erika postawiła na dopracowanie, szczegółowość oraz zrozumiały, ale stosunkowo bogaty język. Elementy te sprawiają, iż każde wydarzenie zostało przedstawione dokładnie, jako przepełnione detalami, które w istotny sposób znajdują zastosowanie w budowaniu świata przedstawionego: bohaterów, miejsc, historii Tearlingu. Dodatkowo, podczas lektury czytelnik często spotka się z zabiegiem ukazania jednej chwili, momentu z perspektywy kilku postaci. Tym sposobem, akcja staje się wielopoziomowa, bardzo często obracając nasze spojrzenie na opowieść o 180 stopni.
Ogółem mówiąc, powieść przedstawia kolejne etapy odzyskiwania władzy przez Kelsea: od momentu wyjechania z chatki Carlin i Barty'ego do stopniowego zaaklimatyzowania się w pałacu, w roli królowej. Można by powiedzieć, że z każdym kolejnym krokiem, stopniem przemierzanym przez dziewczynę, otwierają się nowe wątki, a z każdą podjętą przez nią decyzją, pojawiają się inne dylematy, problemy. Zwrotów akcji nie ma wiele, skupiamy się na procesie  Zatem o ile pomysł historii nie wymagał większych pokładów szarych komórek, o tyle zrealizowanie go, przeniesienie na karty powieści w takiej formie, jakiej podjęła się pisarka, szczerze podziwiam, gdyż musiał wiązać się z nakładem ciężkiej pracy. A przecież za to kochamy autorów najbardziej!
W historii oprócz losów Kelsea, przedstawionych jest także kilka innych wątków, które spodobały mi się mniej aniżeli bardziej. Niekoniecznie przypadł mi do gustu chociażby negatywny stosunek do religii, która w pewnym sensie mogłaby nawiązywać do wiary chrześcijańskiej, aczkolwiek w większym stopniu przypominającą tę ze średniowiecza poprzez ogromną rolę Kościoła: bogatego, posiadającego większą część królewskich dóbr oraz narzucającego wszystkim mieszkańcom swoje panowanie.
 Ponadto, zabrakło mi spontanicznego humoru - zabawnych uwag, słownych utarczek, które, moim zdaniem, idealnie odnalazłyby się w relacjach nastoletniej dziewczyny z grupą strzegących jej żołnierzy, a przede wszystkim na linii Kelsea-Buława. (Tyle ciętych uwag przychodziło mi do głowy! Aż szkoda, że nie zaczęłam ich dopisywać do dialogów w tekście :C).

Do końca..

"Królowa Tearlingu" to świetna porcja fantastyki: klasyczna, acz rozbudowana pod każdym względem,. Czytelnik sięgający po tę lekturę powinien od pierwszych stron wciągnąć się w lekturę i czerpać z niej prawdziwą przyjemność. Chociaż zdarzają się momenty wymagające większego skupienia niż przy popularnych młodzieżówkach, zdecydowanie są warte zachodu, gdyż to przeważnie one zaliczają się do wydarzeń charakterystycznych, które pamięta się dłużej niż dzień po skończeniu książki. Ja jestem jak najbardziej za i nieposkromioną ciekawością zasiądę do drugiego tomu: "Inwazji na Tearling" dostępnego na polskim rynku od 30 marca. I o ile autorka utrzyma poziom stylu oraz fabuły, w nasze ręce wpadnie kolejna perełka: fantastyczna pod każdym względem.

Prosto z książki...
"...stanęła w drzwiach biblioteki Carlin. Wzdłuż wszystkich ścian stały książki - Barty sam zbudował półki z tearlińskiego dębu i podarował je Carlin na gwiazdkę, gdy Kelsea miała cztery lata. Choć były to czasy, z których dziewczyna miała jeszcze niewiele wspomnień, ten dzień pamiętała jasno i wyraźnie: pomagała Carlin układać książki na półkach i nawet zapłakała, gdy kobieta nie pozwoliła jej ustawić ich według kolorów. Minęło wiele lat, lecz Kelsea wciąż kochała książki, uwielbiała patrzeć na nie, poustawiane jedna obok drugiej na swoich miejscach." (str. 16)
"Kelsea uważnie przyjrzała się książkom. Wyglądały dokładnie tak, jak zapamiętała je z biblioteki Carlin. Ktoś nawet zadał sobie trud, by ustawić je alfabetycznie, według nazwisk autorów. Wymieszali beletrystykę z literaturą faktu; Carlin pomstowałaby w niebogłosy." (str. 307).
"Czekają, aż zrobię coś niezwykłego, uświadomiła sobie. Teraz i każdego dnia przez resztę życia.
Ta myśl była przerażająca." (str. 152)
"Duch dał jej kilka pięknych spinek do włosów z ametystami w kształcie motyli. Musiała znowu umyć głowę, ale ze spinkami włosy wyglądały znośnie. Zastanawiała się, czy duch ukradł je prosto z fryzury jakiejś szlachcianki. Uśmiechnął się szerzej w lusterku i wiedziała, że odgadł jej myśli.
- Ale z Ciebie łotr - oznajmiła, zakładając ostatnią spinkę. - Powinnam podnieść nagrodę za twoją głowę.
- Podnieś. Będę jeszcze sławniejszy." (str. 109)
"Ale po co ktoś miałby tworzyć sztuczne wzgórze wewnątrz budynku?
Oczywiście ze względów obronnych, odpowiedziała Carlin. Myśl, Kelsea. Żeby przygotować się na dzień, gdy przyjdą do twierdzy z widłami po twoją głowę." (str. 265)

 Zdjęcia:



WyzwanieABC czytania

*** 
Czytaliście powieść Eriki Johansen? Co niej sądzicie?
I jeszcze nawiązując do nowego elementu postu: Lubicie czytać cytaty z recenzowanej książki?  Podoba Wam się takie urozmaicenie formy? Piszcie! :)


środa, 13 stycznia 2016

Potyczki #1 - Okładki polsko-niemieckie

Witajcie!

Aby mnie nie zabrakło tematów do pisania, a Wam postów do czytania, rozpoczynamy dzisiaj na LimoBooks kolejną serię. Tym razem, do nieco monotonnego życia za pan brat z recenzjami, postanowiłam wprowadzić element rywalizacji, walki. Jednym słowem: krew, pot i łzy. Oczywiście, my, niczym starożytni Rzymianie, będziemy jedynie widzami tychże pojedynków, obserwując bacznie każdy ruch naszych wojowników z bezpiecznych, siedzących miejsc w amfiteatrze. Po tak pięknej, historycznej metaforze, niech nie zdziwi Was nagłówek nowego cyklu. 
Na czym polega pomysł i w jaki sposób postaram się go zrealizować?
Potyczki mają bardzo prostą formułę: z dwóch, ewentualnie kilku, okładek, tytułów, postaci książkowych, które będę w kilku słowach oceniać, wybiorę jednego zwycięzcę. W sumie na tym skomplikowany system się kończy. Zachęcam Was w komentarzach do udzielenia głosu na temat poszczególnych pojedynków, aby porównać nasze opinie o różnych lekturach. Seria polega głównie na rozwinięciu w naszym mniemaniu świata książkowego do kategorii wykorzystania go w celach innych niż samo czytanie. Frajda z poznawania kolejnych bohaterów, miejsc oraz przygód nie musi zamykać się w okładce. :)

***

Dzisiejszy odcinek poświęcimy na okładki - zdecydowanie jeden z moich ulubionych, książkowych elementów. Nic nie sprawia mi tak szczerej przyjemności jak podziwianie pięknie wykonanych, niekiedy niesamowicie pomysłowych ilustracji, obrazków i fotografii. Przejdźmy zatem do pierwszych potyczek!

Na matę rzucamy okładki z dwóch państw, których stosunki na przestrzeni wieków miewały wzloty i upadki. Sprawdźmy, jak wygląda sytuacja na polu książkowym - który z sąsiadów przykłada większą wagę do wyglądu ich lektur?

polskie okładki vs. niemieckie okładki

(Źródła: polska, niemiecka)

W życiu bym nie wpadła na to, że okładka po prawej należy do powieści Stephanie Meyer. W życiu! Tak przyzwyczaiłam się do oryginalnych fotografii na czarnym tle, że nie potrafię przestawić się na te niemieckie. Choć, bez tego, forma obrazu/malowidła średnio pasuje do treści powieści, moim zdaniem. 

1:0 dla Polski
(Źródła: polska, niemiecka)

Tutaj, obie okładki podobają mi się pół na pół, ogólnie wydają się być dość przeciętne. Aczkolwiek to oko, włączone w tło polskiej ilustracji, odstrasza mnie na tyle skutecznie, że jestem gotowa wybrać zdjęcie sąsiadów.
1:1 - remis
(Źródła: polska, niemiecka)

W obu doceniam ilustracje rysunkowe, które naprawdę nadają serii oryginalnego wyglądu. Natomiast, skoro przyszło oceniać mi okładki jedynie pierwszych tomów, zdecyduję się jednak na "Diebe im Olimp" ze względu na nieco ciekawsze ujęcie.
2:1 dla Niemiec
(Źródła: polska, niemiecka)

Znowu: biorąc pod uwagę całą serię, od razu przyznałabym punkt Niemcom, aczkolwiek wydając opinię na podstawie samego "Miasta kości", uznałabym na tym polu remis.
3:2 dla Niemiec
(Źródła: polska, niemiecka)

Ojej.. Chyba nie ma się za długo nad czym zastanawiać. Okładka "Die Bucherdiebin", według mnie, jest po prostu.. straszna. Wygląda trochę jak plakat filmowy horroru. Ponadto, jestem sentymentalnie przywiązana do polskiego wydania, które zapoczątkowało moją przygodę ze "Złodziejką książek".
3:3 - remis
(Źródła: polska, niemiecka)


Obie ilustracje są naprawdę urocze, maja w sobie cząstkę klimatu, który towarzyszy czytelnikowi podczas lektury. Natomiast nie rozumiem, dlaczego tytuły zostały przetłumaczone zupełnie inaczej - punkt dodaję okładce sąsiadów, właśnie za pomysłowy tytuł. ("Weil ich Layken liebe" oznacza "Ponieważ (weil) ja (ich) kocham (liebe) Layken" - ekspresowa lekcja języka ^^).
4:3 dla Niemiec

(Źródła: polska, niemiecka)


W sumie to obie okładki utrzymane są w dość podobnym stylu: słodkie, różowe, skrojone idealnie dla dziewczyn. Z przyjemnością mogę ustanowić remis.
5:4 - remis
(Źródła: polska, niemiecka)


Gdy zobaczyła okładkę "Wenn ich bleibe", byłam zaskoczona.. optymistycznym podejściem grafika. Po otrzymaniu takiej pozycji, nigdy nie domyśliłabym się, że książka opowiada o wypadku samochodowym, podejmowaniu przez główną bohaterkę decyzji o odejściu bądź pozostaniu.Choć z drugiej strony, ilustracja przykuła moją uwagę, gdyż została przedstawiona w pomysłowej formie oraz bardzo ładnej kolorystyce.
5:5 - remis 
(Źródła: polska, niemiecka)


Chociaż nie miałam jeszcze okazji sięgnąć po tę serię, wydaje mi się, że nasze, starsze okładki wyglądały dosyć podobnie do ówczesnych niemieckich. Całe szczęście, że postanowiono je zmienić - teraz bliżej im z wyglądu do intrygującego kryminału, powieści z tajemnicami aniżeli schematycznej obyczajówki.
6:5 dla Polski
(Źródła: polska, niemiecka)

Decydujące starcie Zwiadowców. Stety dla nas, niestety dla naszych sąsiadów, do gustu bardziej przypadła mi ilustracja zamieszczona na polskim wydaniu powieści, zwłaszcza tej, w twardej oprawie. "Die Ruinen von Gorlan" sprawiają wrażenie mrocznej, przesyconej złem, historii, która wbrew pozorom taka nie jest. Ponadto, ze Zwiadowcami, szkolonymi w lesie, od pierwszych stron lektury kojarzy mi się właśnie kolor zielony - barwa natury oraz maskowania się wśród drzew.
7:5 dla Polski - wygrana!

***
Uff, udało nam się dotrzeć do końca. Zgadzacie się z moimi ocenami? Czy może Wasza opinia jest zupełnie odwrotna? Piszcie! :)